14 listopada 2015

Epilog

Przejaśniało się. Deszcz przestał padać, grzmoty ustały, już się nie błyskało, a po czarnych chmurach na niebie nie było śladu. Innymi słowy: burza dobiegała końca.
Przetrwałam. I nigdy nie miałam się lepiej.
Jako dziecko nie lubiłam burzy. Nie obawiałam się jej — po prostu nie przepadałam za nią. Zawsze odbierałam ją jako zwiastun czegoś złego; czegoś, co mogło wyrządzić mi straszną krzywdę, a ja nie znosiłam tych chwil, kiedy działo mi się coś niedobrego. Gdy zostałam zraniona, chowałam się pod kołdrą i zamierzałam zostać tam do końca życia albo świata, aż przychodziła moja mama i przekonywała mnie, że był to ostatni raz, ponieważ wyniosłam z tego lekcję. Wierzyła, że nie byłam na tyle głupia, by znowu zrobić tę rzecz, która mnie skrzywdziła. 
Oczywiście siedmioletnia dziewczynka myślała, że mamie chodziło o to, żeby na drugi raz założyć rękawicę kuchenną, zanim dotknę gorącego czajnika. Ale dwudziestodwuletnia kobieta zdążyła się domyślić, że tak naprawdę chciała przez to powiedzieć, żebym nie wchodziła dwa razy do tej samej rzeki.
Moja mama bardzo lubiła wszystko komplikować i mówić metaforami, choć wraz z upływem czasu zaczęłam uznawać to za zaletę. To właśnie dzięki temu jej rady były uniwersalne i mogłam skorzystać z nich w każdym momencie swojego życia. Jednak nie przypuszczałam, że to, co usłyszałam od niej będąc dzieckiem, aż tak wpłynie na dorosłą mnie.
Życie jest nieprzewidywalne. Zupełnie tak, jak burza — nigdy nie wiadomo, z której strony uderzy piorun. Możesz zmarnować prawie dwa lata na usychaniu z tęsknoty za kimś, kto zdążył stać ci się kompletnie obcą osobą. Możesz żyć wspomnieniami i na siłę się tym unieszczęśliwiać. Ale możesz także wrócić do punktu wyjścia i dostrzec kogoś, kogo nie zdołałeś zobaczyć wcześniej. Kogoś, kto stał tam przez cały ten czas i cierpliwie na ciebie czekał. Bo wierzył, że się cofniesz i wreszcie go ujrzysz. 
Czasem warto było opuścić swoją strefę bezpieczeństwa i podjąć ryzyko. W końcu zawsze istniały dwa rozwiązania: albo dostaniesz kolejną nauczkę albo zyskasz wszystko.
Mamy nie było przy mnie już od trzech lat, co i tak nie zmieniało tego, że wciąż miała ogromny wpływ i na mnie, i na moje życie. Bo tak, jak to powiedziała małej mnie: nigdy przenigdy nie wchodź dwa razy do tej samej rzeki.
Tylko o tym myślałam, kiedy Xabi wyznał mi miłość. Nie o nim ani o tym, co właśnie zrobił. Nie o Ramosie. Po prostu powtarzałam sobie w myślach, że to przerabiałam i doskonale pamiętałam zakończenie tej historii, co by przypadkiem o tym nie zapomnieć. Działanie pod presją nie było bowiem moją najlepszą stroną. 
Boże, bałam się nawet wyobrazić sobie, co by było, jakbym uległa wtedy tej presji. Dostałam tyle tych nauczek, że zwyczajnie marzyłam już tylko o odrobinie szczęścia i nie chciałam kolejnego rozczarowania.
Życie było pełne niespodzianek. Tyle że każdy z nas miał tę przewagę, która pozwalała mu samemu zadecydować, jak to nasze życie będzie wyglądać. Każdy z nas posiadał wybór. 
A ja byłam pewna, że dokonałam właściwego.
— Gotowa? — spytał mnie Mój Wybór z nonszalanckim uśmiechem. 
Otworzył białe drzwi wejściowe naszego nowego domu, do którego wprowadziliśmy się w ubiegłym miesiącu; dokładniej to w dniu moich urodzin. Ostatni raz przejrzałam się w lustrze wiszącym na jasnej ścianie w przestronnym przedpokoju, przygładzając spódnicę kremowej sukienki, która podkreślała mój ogromny biust i zaokrąglony brzuch. 
Odwróciłam się do Mojego Wyboru, który popatrzył na mnie wzrokiem przepełnionym miłością. Mimo że spędziliśmy razem cały rok, wciąż przyprawiał mnie tym spojrzeniem o zawroty głowy. 
Gdy wyciągnął w moją stronę rękę, od razu za nią złapałam i na chwiejnych nogach podeszłam do niego, wdychając zapach jego wody kolońskiej. 
— Kocham cię — powiedziałam, zanim wyszliśmy na zewnątrz, czując naglącą potrzebę, by znowu mu o tym przypomnieć.
Czy miałam jeszcze jakąś radę? Może jedną. 
Kiedy już dokonacie wyboru, nie bójcie się wyznać mu, czego oczekujecie od życia. Jeżeli to będzie ten właściwy wybór, zrobi on wszystko, by te oczekiwania spełnić.
Tak, jak Mój Wybór spełnił moje.
Mój Sergio Ramos. 

17. sierpnia 2015 roku