4 listopada 2015

27. Nowy początek

Początek grudnia 2012 r.
— Co zrobimy z Ramosem?
Gdy odwróciłem się w stronę Carter, spojrzała na mnie tymi swoimi wielkimi brązowymi oczami, w których dostrzegłem niepewność i zmartwienie. Siedziała z podkulonymi nogami na skórzanej kanapie w moim salonie, mając na sobie jedynie gruby — i trochę na nią za duży — karmelowy sweter, i obejmowała rękami kubek z gorącą herbatą z cytryną. W tym czasie ja zapalałem zapachowe świeczki, stojące na kominku, w którym jarzył się ogień.
Byliśmy razem zaledwie od kilku dni, ale już zdążyłem przyjąć do wiadomości, że Carter była dość powściągliwa, jeżeli chodziło o publiczne okazywanie mi uczuć. Na treningach w ogóle nie zachowywała się jak moja dziewczyna, a ja, oczywiście, nie zamierzałem jej do niczego zmuszać ani tym bardziej na nią naciskać. Domyślałem się zresztą, że była taka tylko dlatego, że w pobliżu ciągle kręcił się Ramos i nie chciała mu dokuczać czy wszczynać zbędne kłótnie przy pozostałych członkach drużyny. 
Tyle że to, że ją rozumiałem, nie oznaczało, że planowałem iść w jej ślady. To dlatego dzisiaj przesadziłem (przynajmniej według niej) i pocałowałem ją, doskonale wiedząc, że Ramos stał niedaleko i ciskał w nas morderczymi spojrzeniami, kiedy Carter poprosiła mnie, żebym pomógł jej z workami z piłkami. Zdawałem sobie sprawę, że to było wręcz dziecinne zachowanie i nie przystawało tak facetowi w moim wieku, ale gdy zobaczyłem go przyglądającego się nam, naszła mnie ogromna chęć, żeby zrobić mu na złość. Pokazać mu, że to ja zdobyłem dziewczynę, którą tak kochał i której tak pragnął. Co, tak przy okazji, strasznie mnie wpieniało. 
Zapewne był to dopiero początek końca naszej wieloletniej przyjaźni, ale mało się tym wtedy przejmowałem. Jeśli w ogóle. 
Carter jednak nie wyglądała na zachwyconą moim posunięciem. Jak tylko zobaczyła, że Ramos był tego świadkiem, odepchnęła mnie od siebie i nie odezwała się do mnie przez resztę treningu, a potem milczała przez całą drogę powrotną. Dopiero chwilę temu jej przeszło.
Szczerze mówiąc, sądziłem, że takie zachowanie w stylu Ramosa bardzo jej się spodoba, ale chyba nie wychodziło mi to tak dobrze, jak jemu. Musiałem być do bani w udawaniu swojego kumpla, mimo że i tak byłem gotów posunąć się i do takich rzeczy, byle ją przy sobie zatrzymać. Bo nieustannie odnosiłem wrażenie, jakby była ze mną z litości, a tak naprawdę wolała związać się z nim.
— Uważam, że coś należy zrobić — dodała na widok mojej obojętnej miny, którą przybierałem za każdym razem, gdy wspominała o Ramosie, żeby pokazać jej, że ani trochę mnie to nie ruszało. — W końcu chodzi o waszą przyjaźń. O drużynę. Xabi, nie możecie ciągle grać w grę, który bardziej dokopie drugiemu… 
— Carter — westchnąłem ciężko i odłożyłem zapalniczkę, uprzednio zapalając ostatnią, czerwoną świeczkę. — My tylko się tak droczymy. Wiesz przecież, że to nie wpłynie na to, co dzieje się na boisku. Obaj jesteśmy profesjonalistami. 
Nie wyglądała na przekonaną; może dlatego, że wyczuła kłamstwo. Minąłem szklany stolik i usiadłem obok niej na kanapie, kładąc rękę na oparciu, tuż za jej szyją, schowaną pod burzą ciemnych włosów. 
— Przepraszam — powiedziałem, patrząc jej prosto w oczy. Carter miała ponurą minę. — Zachowałem się dzisiaj jak ostatni palant. Nie wiem, co mnie opętało. 
W odpowiedzi tylko ścisnęła mocniej kubek i spojrzała na mnie. Tym razem jej oczy były smutne.
— Ja naprawdę — zaczęła, bardzo powoli, a ja już wiedziałem, do czego zmierzała — ale to naprawdę nigdy nie chciałam znaleźć się w takiej beznadziejnej sytuacji.
Często to mówiła. W zasadzie to powtarzała to bez przerwy, więc dawno przestałem liczyć i nie miałem pojęcia, który to był raz. Może setny, a może tysięczny. 
Ale zrozumiałem za pierwszym. Nigdy nie chciała, żeby tak wyszło. Nigdy nie chciała zakochać się w rozwodniku z dwójką dzieci i byłą żoną na karku. Nigdy nie chciała pokochać najlepszego przyjaciela tego rozwodnika. A z całą pewnością nigdy nie chciała rozbić przyjaźni tych dwóch.
Dużo tych nigdy.
No ale poniekąd to dlatego zależało mi, żeby ją przed tym wszystkim chronić, trzymać z daleka od pewnych spraw. Od Nagore i dzieci, by nie myślała, że zabierała ojca Ane i Jonowi; od Ramosa, by nie zżerały ją wyrzuty sumienia; od mediów, by nie czuła presji. Strasznie pragnąłem strzec ją przed złem całego świata, ponieważ wydawała mi się taka krucha, gdy na nią patrzyłem, taka wrażliwa i delikatna. Pół roku temu straciła rodziców i z jednej strony podziwiałem ją, że jeszcze się nie załamała, ale z drugiej bałem się, że niedługo wybuchnie.
Cieszyłem się, że wybrała mnie zamiast Ramosa, ale wcale nie dlatego, że dzięki temu mogliśmy być razem. Obawiałem się, że jeżeli wybrałaby jego, to on by ją prędzej czy później zranił. A przed tym nie byłbym w stanie jej ochronić.
Jasne, Ramos był bardzo dobry dla swoich partnerek, kiedy się szaleńczo zakochał. Nie zdradzał, nie flirtował z innymi, obdarowywał drogimi prezentami. Ale, jak dotąd, żaden jego związek nie przetrwał (choć nie zawsze z jego powodu) i martwiłem się, że w końcu nie wytrzymałby z Carter i zostawiłby ją ze złamanym sercem.
Wprawdzie bardziej martwiło mnie, że mógłby okazać się dla niej wspaniały i spędzić z nią resztę życia.
— Wiem — powiedziałem to, co mówiłem zawsze, gdy zaczynała się powtarzać. Nic innego nie przychodziło mi bowiem do głowy. 
— Ale to i tak wygląda, jakby to była moja wina — ciągnęła. Tak mocno trzymała ten kubek, że aż pobielały jej knykcie. — Myślałam, że wszystko się ułoży, kiedy dokonam wyboru, a tymczasem wychodzi na to, że mogłam nie podejmować go wcale, bo wyszło na to samo.
— Cóż — mruknąłem, czując nieprzyjemne ukłucie w brzuchu. — Dobrze wiedzieć, że uważasz nasz związek za błąd.
— Co? — spytała nieobecnym tonem i popatrzyła na mnie. Po chwili do niej dotarło. — Nie, Xabi, nie to miałam na myśli…
Spuściłem głowę, a ona wyciągnęła jedną rękę, żeby złapać mnie za dłoń, którą położyłem wcześniej na udzie. Jej dotyk był ciepły i delikatny. 
— Nie, Xabi — powtórzyła stanowczo. — Nie uważam, żeby nasz związek był błędem. Po prostu… — zawahała się, przygryzając dolną wargę. — Żal mi Ramosa. Praktycznie podarował mi swoje serce na dłoni, a ja je wzięłam i zdeptałam. 
— To co chcesz zrobić? — zapytałem z rezygnacją w głosie.
Byłem przekonany, że Carter nie zamierzała mi odpuszczać. Widziałem to po niej od chwili, kiedy oznajmiła mi, że wybrała mnie, ale to wcale nie zmniejszyło jej poczucia winy. Tłumaczyła się później, że to dlatego, że Ramos był jej bardzo bliski, choć więcej dodawać nie musiała, bo wiedziałem, że łączyło ich coś znacznie większego niż durna przyjaźń. 
Mimo że za wszelką cenę starałem się tę świadomość ignorować, przed prawdą nie było ucieczki. Niestety.
— Nie wiem, dlatego pytam — powiedziała zgaszonym tonem i puściła moją rękę, znowu łapiąc za kubek. —Bo nie wiem, czy jest coś do zrobienia.
— Myślę, że gdyby było, to Ramos by to zrobił — stwierdziłem, patrząc na nią czule, aby dodać jej otuchy. — Widać, że strasznie go to wszystko męczy, ale nic nie może na to poradzić.
Carter odchyliła głowę do tyłu, tym samym kładąc ją na moje przedramię, i zamknęła oczy. Przyglądałem jej się przez moment w kompletnej ciszy, aż wreszcie wziąłem głęboki oddech i spytałem:
— Czy aby na pewno nie żałujesz swojego wyboru? 
Carter otworzyła oczy. Najpierw wpatrywała się w sufit, a dopiero potem odważyła się przenieść wzrok na mnie. Nie uśmiechała się; w jej oczach nie dostrzegłem nawet znikomej ilości czułości. Spoglądała na mnie bardziej z przerażeniem niż z miłością. 
— Nie żałuję — odpowiedziała w końcu. Cicho i niepewnie. — Zapewniam cię, że to nie ma nic wspólnego z tobą. Po prostu czuję się winna, to wszystko.
Pokiwałem głową i pochyliłem się nad nią, żeby ją pocałować; krótko, przelotnie. Pogłaskałem ją przy tym po włosach, które były miękkie w dotyku. 
— A czy możesz zapewnić mnie, że nie mam powodów do obaw? — drążyłem. Potrzebowałem pewności. — Zwłaszcza kiedy rozchodzi się o Ramosa?
Odwróciła wzrok. Nie odpowiedziała mi.
Dopiero po latach dotarło do mnie, że wcale nie musiała. Odpowiedź miałem pod samym nosem przez cały ten czas.

Koniec sierpnia 2014 r.
Nowy początek.
Tylko to przychodziło mi do głowy, jak tylko pomyślałem o ofercie z Bayernu i przeprowadzce do Niemczech. Nowy początek.
Nowy. Początek.
Och, jak to dziwnie brzmiało.
— To dobry pomysł, Xabi — mawiała Nagore, choć wcale nie próbowała mnie tym przekonywać do podjęcia decyzji. Przynajmniej tak wnioskowałem po jej tonie. — Małymi krokami zbliżasz się do końca kariery i masz jeszcze okazję pograć w klubie z topu. Poza tym zdecydowanie wolę Monachium niż na przykład Turcję.
— A co powiesz na Stany? — pytałem, pół żartem, pół serio, na co machała tylko ręką. Znała mnie i wiedziała, że jakbym miał wybierać pomiędzy Niemcami a USA, bez wahania wybrałbym Niemcy.
Mnie i Nagore nie był dany nowy początek. Wróciliśmy do siebie z poczucia obowiązku, nie z miłości, i przez ostatnie dwa lata tkwiliśmy w Madrycie, w mieście, w którym wydarzyło się stanowczo zbyt wiele. Poniekąd wcześniej nie mogłem odejść z Realu; gdybym to zrobił, ominęłoby mnie takie osiągnięcie jak wygranie Ligi Mistrzów czy pracowanie z Carlo Ancelottim.
Poza tym zrobiło się znacznie łatwiej, kiedy Carter wróciła do Londynu. Ramos już mnie nie nienawidził, a treningi na nowo stały się przyjemną częścią mojej dziennej rutyny.
Chociaż z Nagore wróciliśmy do siebie jakiś rok temu, nadal nie potrafiłem wprost powiedzieć, co do niej czułem. W zasadzie to w ogóle o tym nie mówiłem, uznając, że można przejść z kimś przez życie bez wyznawania tej osobie miłości. Najwyraźniej ona podzielała moją opinię na ten temat, bo jak dotąd ani razu nie napomknęła o tym, że mnie kocha. Zapewne w naszym przypadku słowa były już zbędne. 
Trudno było mi więc stwierdzić, czy nasze małżeństwo trwało, ponieważ coś do siebie czuliśmy, czy po prostu byliśmy zobowiązani do bycia razem z powodu dzieci. 
Ale nie żeby było mi z nią źle. Byliśmy świadomi, że ostatnim razem oboje zawaliliśmy i teraz staraliśmy się to sobie wynagrodzić. Zwłaszcza Nagore, która dosłownie stawała na głowie, żeby udowodnić i mnie, i dzieciakom, że wcale nie była taką najgorszą matką oraz żoną. I nawet jeżeli nie byliśmy w sobie zakochani, to wciąż mieliśmy silną więź; łączyła nas w końcu rodzina i przyjaźń. 
Dlatego uznałem, że to przede wszystkim ona zasługiwała na nowy początek.
Przed podjęciem ostatecznej decyzji powstrzymywała mnie jedynie Carter. Cholernie żałowałem tych wszystkich słów, które powiedziałem jej w ciągu ostatnich dni, zwłaszcza kiedy przekonałem się, że wzięła je do siebie i postanowiła definitywnie ze mną skończyć. Na domiar złego, zaczęła spotykać się z Ramosem, choć to i tak nie było dość adekwatne słowo do ich sytuacji. Ich związek wyglądał na znacznie poważniejszy niż zwykłe randki.  
Pamiętałem ten grudniowy wieczór, gdy Carter nie potrafiła zapewnić mnie głupimi słowami, że nic do niego czuła. Rzecz jasna, wraz z upływem czasu, wydawało mi się to teraz idiotyczne, bo jakby to zrobiła, to by mi skłamała prosto w twarz. Wiedziałem przecież, że coś do niego czuła; a to coś urosło niedawno do rozmiaru miłości. 
Nie zamierzałem zaprzeczać — non stop o niej myślałem. Kiedy przyjechała do Madrytu i spotkaliśmy się po raz pierwszy od prawie dwóch lat, powiedziałem jej, że zasługiwała na szczęście, bo tak właśnie było. Ale gdy zobaczyłem ją na benefisie Evelyn w towarzystwie Ramosa, nie potrafiłem przestać zadręczać się myślą, że było jej znacznie lepiej z nim niż kiedykolwiek było ze mną. Gdzieś w środku poczułem ukłucie zazdrości i jej szczęście automatycznie przestawało być priorytetem.
Kiedyś sądziłem, że Ramos tylko by ją zranił, a okazywało się, że przez ten cały czas to ja byłem tym, który ją ranił. Cóż za ironia, prawda? 
Naprawdę nigdy nie chciałem tego zrobić. Po prostu odkąd wróciła do Hiszpanii to ona ciągle raniła mnie, oczywiście nieświadomie i nie zawsze bezpośrednio. Raniło mnie to, że utknąłem z Nagore, której za nic w świecie nie mogłem porzucić, żeby być z Carter. Raniło mnie również to, jak szybko Ramos jej wybaczył i jak się do siebie zbliżyli. Wiedziałem, że nie była z nim po to, żeby mi dokopać, ale tak to właśnie odbierałem i dlatego musiałem się na niej odegrać poprzez bycie wrednym dla niej.
Byłem pewien, że ona była w nim strasznie zakochana. Tak, jak ja byłem w niej, mimo że upłynęło tyle czasu. Nie wspominając nawet o tym, jak dużo się wydarzyło. 
Miałem za to więcej szczęścia niż Ramos. Gdy Carter wybrała mnie, on był skazany na oglądanie nas razem. A ja nie musiałem ich oglądać, bo z nieba spadła mi oferta z Bayernu i tym samym wybawiła mnie od ich widoku. Mogłem wyjechać do innego kraju, zacząć wieść spokojne życie u boku żony i z dziećmi. 
Nagore już udowodniła, że zasługiwała na szczęście. Nie była w stanie uszczęśliwić mnie, ale ja zamierzałem uszczęśliwić ją. Ale to było możliwe tylko wtedy, gdy wyrzucę Carter ze swojej głowy. 
Życzyłem jej i Ramosowi jak najlepiej, naprawdę. Po prostu nie chciałem na to patrzeć.
— Myślę, że powinniśmy to zrobić.
Oznajmiłem żonie swoją decyzję tego sierpniowego popołudnia, siadając obok niej na huśtawce w ogrodzie. Trzymała srebrny tablet w rękach, znad którego patrzyła za dzieciakami, które korzystały ze słonecznej pogody i biegały w kółko. Oprócz Emmy, która kręciła się w swoim chodziku, z ogromnym uśmiechem na buzi. 
Podałem Nagore lampkę wina i objąłem ją ramieniem, odkładając tablet, który mi podała, na bok.
— Tego właśnie nam zabrakło ostatnim razem — dodałem, a gdy popatrzyła na mnie z niezrozumieniem, wyjaśniłem: — Nowego początku, Nagore.
Czułem na sobie jej przenikliwy wzrok, ale wolałem go zignorować i skupić się na Jonie, który podał piłkę Ane porządnym kopnięciem, a Emma zaczęła bić mu brawo. Takie chwile sprawiały, że od razu zapominałem o przeszłości; wynagradzały mi one wszystkie złe rzeczy w życiu. Dla mnie zawsze najważniejsza była moja rodzina.
A dla Ramosa zawsze najważniejsza była Carter. To się nigdy nie zmieniło; nawet wtedy, kiedy był z Pilar albo gdy zaszła w ciążę.
— Na pewno tego właśnie chcesz? — dociekała. Popatrzyłem na nią wreszcie, marszcząc czoło. — Tego całego nowego początku? Czy to po prostu twoja ucieczka od Carter i Sergio? 
Nagore również nie miała ochoty dłużej zostawać w Madrycie. Po benefisie wiedziała, że Carter zostawała w Hiszpanii na stałe, co sprawiało, że była niespokojna. Nie dlatego, że bała się, że od niej odejdę, ale dlatego, że nie było teraz pewności, czy Iker znowu czegoś nie odwali w mediach. Zwłaszcza że nasze dzieciaki rosły jak na drożdżach i coraz więcej rozumiały, a my bardzo chcieliśmy chronić je przed takimi plotkami i skandalami. 
Poniekąd i Iker znajdował się na liście powodów, które przemawiały do mnie za wyjazdem do Monachium. Mimo że doszliśmy z Ramosem do wniosku, że najlepiej będzie, jeżeli zapomnimy o tej aferze, nadal źle mi się z nim pracowało. Zwłaszcza że niczego ze mną nie wyjaśnił i na dodatek zachowywał się, jakby zajście w Cardiff nigdy nie miało miejsca.
A może szykował kolejną zemstę. Tak czy siak, najlepiej było ulotnić się z Madrytu.
— Po prostu wyjedźmy do Monachium — poprosiłem, wzdychając ciężko. — Mieszkamy tutaj już pięć lat. Z Realem wygrałem wszystko, co możliwe. 
— A dzieci? — Nagore wskazała na nie głową i pogładziła ręką spódnicę białej sukienki po tym, jak zawiał wiatr. — No, Emmie to na pewno nie będzie przeszkadzać, ale Jontxu i Ane…
— Poradzimy sobie — zapewniłem i pocałowałem ją w czoło. — Sama zobaczysz.
Nagore jednak nadal nie wyglądała na przekonaną. W końcu westchnęła, napiła się wina i uśmiechnęła się zachęcająco.
— Czyli chcesz zrobić obie te rzeczy? — upewniła się.
Przytaknąłem.
— Kończę karierę w reprezentacji, a my wyprowadzamy się do Monachium.
Jak mówiłem: nowy początek.