19 września 2015

25. Nie stój tak

Podmuch zimnego wiatru okazał się w tamtej chwili niezbędny. Pomógł mi zacząć trzeźwo myśleć i nie złościć się za bardzo, kiedy Xabi, wciąż trzymając mocno mój łokieć, ciągnął mnie za sobą w dół po schodach, prowadzących prosto do ogromnego ogrodu. Po drodze minęliśmy parę sław, które najwyraźniej nie były zainteresowane występem Chrisa de Burgha i wolały spędzić ten wieczór na tarasie, oświetlanym przez lampiony umiejscowione na ogrodzeniu oraz okoliczne latarnie. Niektórzy z nich nie pozostali obojętni widząc mnie i Xabiego i rzucali w naszą stronę zaciekawione spojrzenia, ale oboje nie zamierzaliśmy przejmować się tym, co sobie wtedy pomyślała Meryl Streep, bo głowę zaprzątało nam coś innego.
Musiało już być późno, coś około dziesiątej albo jedenastej. Na zewnątrz było ciemno i dlatego pozapalano światła w ogrodzie, które znajdowały się dosłownie wszędzie. Oświetlone były kaskady, wydeptane dróżki na trawniku i chodniki, dzięki czemu doskonale widzieliśmy drogę, a nawet ławki i fontanny. Jedynym naszym zmartwieniem mogło być to, że istniała szansa, że gdzieś nieopodal kręcili się paparazzi, chociaż w pobliżu dostrzegłam kilku wysokich i muskularnych ochroniarzy, których zadaniem zapewne było pilnowanie, żeby dziennikarze się tu nie dostali. 
Gdy przeskoczyłam dwa ostatnie schodki, co w szpilkach było dość sporym wyczynem, wyrwałam się Xabiemu i stanęłam w miejscu, zakładając ręce na biodrach. Po chwili zorientował się, że za nim nie szłam, bo odwrócił się i spojrzał na mnie gniewnie.
Ha! Jeżeli ktoś miał się gniewać, to chyba tylko ja. 
— Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć? — warknęłam na niego. W odpowiedzi westchnął i spuścił wzrok, więc drążyłam: — Czy może nie zamierzałeś wcale? 
— Myślałem, że Ramos ci powie… — odparł od niechcenia, nadal na mnie nie patrząc. Wsadził ręce do kieszeni spodni i nogą zaczął bawić się liśćmi, które spadły z pobliskich drzew i zalegały na chodniku. 
Nie pozwoliłam mu jednak dokończyć.
— Bo najlepiej byłoby, jakby cię w tym wyręczył, prawda?
Załamałam ręce i zrobiłam kilka kroków przed siebie. Chodnik był dostatecznie szeroki, więc spokojnie mogłam wyminąć Xabiego bez obawy, że spróbuje wyciągnąć rękę, żeby mnie przy sobie zatrzymać. Cały czas starałam się przy tym pamiętać o oddychaniu, aby nie dać wyprowadzić mu się z równowagi ani tym bardziej nie pozwolić, by jeszcze mocniej mnie wkurzył.
Właściwie to wiedziałam, że nie powinnam była się na niego wściekać. Oprócz wspólnej przeszłości, nic już nas ze sobą nie łączyło i raczej nie mieliśmy prawa czepiać się o swoje decyzje. Ja byłam z Ramosem, on z Nagore, a ostatnia podróż do Cardiff udowodniła wszystkim, że nie umieliśmy przebywać w swoim towarzystwie, bo nie potrafiliśmy się dogadać i jedno działało na nerwy drugiemu. 
Ale i tak się na niego wściekałam. Nie, nie dlatego, że najprawdopodobniej jako ostatnia dowiedziałam się o tym, że myślał o odejściu, ale dlatego, że on po prostu nie był w stanie odpuścić. Był to dla mnie naprawdę ważny wieczór, zwłaszcza że chyba uwierzyłam w to, że dzisiaj to ja byłam gwiazdą i chciałam się tym nacieszyć, bo w moim przypadku takie okazje nie zdarzały się dwa razy. Tymczasem Xabi potrzebował jakichś pięciu sekund, żeby mi to odebrać.
Przecież on mnie znał, na litość boską. Jakby Ramos powiedział mi, że Xabi rozważał odejście z Realu, to zaraz po tym, jak „wylądowałam w jego objęciach”, zagadałabym go o to.
A skoro tego nie zrobiłam, to wniosek nasuwał się sam: o niczym nie miałam pojęcia. Dlatego byłam pewna, że on specjalnie o tym wspomniał, żeby wszystko popsuć. 
— Carter, nie złość się na mnie — poprosił wręcz błagalnym głosem, odwracając się w moim kierunku, i zdobył się wreszcie na odwagę, by spojrzeć mi w oczy. Tak, jak patrzył na lotnisku dwa lata temu, gdy prosił, żebym nie wyjeżdżała. — Musisz mnie zrozumieć. 
Rozumiałam go, naprawdę. Rozumiałam już, że miał do siebie pretensje o to, że podjął taką a nie inną decyzję i że przez to był zmuszony do codziennego oglądania szczęśliwego Ramosa. Że był zbyt honorowy, by porzucić Nagore i dzieci dla innej kobiety, nawet jeżeli męczył się w tym związku. Wcześniej nie potrafiłam tego pojąć, bo uważałam, że skoro było mu tak źle, to powinien coś z tym zrobić. Ale potem zobaczyłam, że ona bardzo się starała, żeby im się ułożyło i dlatego Xabi nie potrafił od niej odejść, bo wiedział, że należało dać jej szansę.
Tyle że najwyraźniej dotarło do niego, że żeby im faktycznie wyszło, to najlepiej byłoby, jakby zaczęli wszystko od nowa w jakimś innym miejscu. Zwłaszcza że ja z Ramosem nigdzie się nie wybieraliśmy. 
Nie przyznałam mu się jednak do tego. Zamiast tego powiedziałam:
— Wymagasz ode mnie zdecydowanie za wiele.
— A kiedy ja od ciebie czegoś wymagałem? — spytał zrezygnowany i wyciągnął dłonie z kieszeni. Potem zrobił ze trzy kroki w moją stronę.
— No nie wiem — rzuciłam z sarkazmem i założyłam ręce na piersi. — Może wtedy, kiedy wydałeś to śmieszne oświadczenie? Albo wtedy, kiedy Nagore pozwoliła ci odejść, żebyś się z nią nie męczył, ale ty postanowiłeś z nią zostać? Albo jak wkurzyłeś się na mnie za to, że byłam z tobą szczera i powiedziałam ci, że chcę być z Ramosem…
— Przestań — przerwał moją wyliczankę, unosząc prawą dłoń w górę. Usta miał przy tym zaciśnięte w cienką linię. — Moje życie nie kręci się wokół ciebie. 
— Wiem — powiedziałam cierpko. — Chciałam ci tylko udowodnić, że na siłę starasz się unieszczęśliwiać i jeszcze masz czelność przychodzić do mnie po zrozumienie. 
Nie odpowiedział na mój zarzut. Odwrócił głowę i zaczął nerwowo przechadzać się po chodniku.
Czułam, jak krew pulsowała mi w żyłach, i chociaż mówiłam spokojnie, to w środku z całą pewnością nie byłam oazą spokoju. Nie miałam ochoty na niego dłużej patrzeć, więc przeszłam się kawałek w kierunku czynnej fontanny, otoczonej pięknymi kwiatami i czarną barierką. Oparłam się o nią rękami, wsłuchując się w cichy strumień wody, i zamknęłam oczy. Nagle zrobiłam się strasznie zmęczona przez tę krótką wymianę zdań. 
Niedługo potem do moich nozdrzy dostała się woń mocnych perfum; Xabi podążył moim śladem i stanął po mojej lewej stronie, zamykając swoje dłonie na poręczy barierki. Nic nie powiedział, chociaż co jakiś czas czułam na sobie jego przeszywający wzrok. Starałam się jednak nie zwracać na niego uwagi i wytężyłam słuch, by odgadnąć, czy Chris de Burgh jeszcze śpiewał, ale niczego, oprócz wody, nie usłyszałam. Prawdopodobnie Ramos już mnie szukał.
Bardzo chciałam, żeby mój chłopak po mnie przyszedł i zabrał jak najdalej stąd. Można było się uśmiać, jak się pomyślało, ile czasu Xabi potrzebował, żeby sprawić, że zaczynałam marzyć o niewychodzeniu z łóżka przez następną dekadę.
— Jesteś szczęśliwa? — zapytał w końcu. Cicho i bez jakichkolwiek emocji w głosie.
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego, marszcząc brwi. On także na mnie popatrzył, lekceważąc moją reakcję na to pytanie, i w milczeniu wyczekiwał odpowiedzi. Miałam dziwne wrażenie, że było w tym jakieś ukryte dno.
— Jestem — odparłam powoli, przez co zabrzmiałam, jakbym była tego niepewna. A przecież byłam totalnie pewna.
— Byłabyś szczęśliwsza, gdybym został w Madrycie? — dopytywał, nie odrywając ode mnie wzroku. 
— Gdybym była, to byś został? — odpowiedziałam pytaniem na pytanie, nie chcąc bawić się w tę jego gierkę. 
— Tak — przyznał bez zająknięcia, a moje serce na chwilę zamarło. — Ale doskonale wiem, że tak nie jest. Jesteś znacznie szczęśliwsza, kiedy nie ma mnie w pobliżu.
Mimo że miał rację, to i tak byłam zaskoczona, że zdołał to dostrzec.
Prawdę mówiąc, Xabi nie był problemem. Problemem było to, że on je nosił ze sobą. Byłam w Madrycie niespełna miesiąc, a każde nasze spotkanie przynosiło coś złego. A to jakaś afera ze zdjęciami, a to nieustające kłótnie, po których czułam się fatalnie. Najgorsze było to, że zmarnowałam dwa lata życia w Londynie na tęsknieniu za kimś, kto w ciągu tego czasu stał się mi kompletnie obcy. Gdybym go sobie odpuściła, wszystko mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej, możliwe, że znacznie lepiej.
Albo i gorzej, bo może nigdy nie zostałabym dziewczyną Ramosa. To była jedyna dobra rzecz, która przydarzyła mi się w ostatnich latach.
Pod wpływem impulsu obejrzałam się za ramię i zobaczyłam, jak Sergio dosłownie zbiegał ze schodków; zapewne wypatrzył nas z tarasu. Zaraz za nim szła Nagore w czerwonej sukience koktajlowej z dekoltem w kształcie litery V, bo na nogach miała wysokie szpilki i chyba nie dała rady w nich biec. 
Kiedy Ramos znalazł się już w hotelowym ogrodzie, przebiegł dzielący nas dystans i przytulił mnie mocno do siebie. Położyłam mu brodę na ramieniu i spojrzałam na idącą Nagore, która uśmiechała się do mnie przyjaźnie (na co wcale się nie wzdrygnęłam). 
Czyli dobrze myślałam. Jako ostatnia dowiedziałam się o decyzji Xabiego.
— Przepraszam, że nie powiedziałem ci o tym wcześniej — wyszeptał mi Sergio do ucha i pocałował mnie w czoło, a później odciągnął od siebie, łapiąc mnie za ramiona. — Nie chciałem niczego zepsuć, bo wiedziałem, ile ten wieczór dla ciebie znaczy.
Chociaż ty jeden, pomyślałam.
— W porządku — zapewniłam go. Nie potrafiłam się na niego zezłościć, bo w tamtej chwili za bardzo ucieszyłam się na jego widok. Był moim wybawieniem od Xabiego. — Chyba mi już przeszło. 
Spojrzeliśmy na siebie z Xabim. Nagore podeszła do niego i położyła mu rękę na szyi, powoli przybliżając się do niego, aż wreszcie zaczęli stykać się ciałami. 
Wizualnie tworzyli bardzo ładną parę. Zawsze uważałam, że ona lepiej do niego pasowała niż ja. 
— Jeszcze nic nie jest przesądzone — zwróciła się bezpośrednio do mnie i to bardzo uprzejmym głosem. Aż zapomniałam, że kiedyś strasznie się nienawidziłyśmy. — Po prostu Xabi ostatnio pomyślał, że może nadeszła pora w naszym życiu, by coś zmienić. 
— A ty się z nim zgadzasz? — spytałam, unosząc brwi. Ramos puścił moje ramiona i złapał mnie za rękę. 
— Jakby się nad tym zastanowić, to niegłupi pomysł — odparła spokojnie. Bo to było całkowicie normalne, że Nagore dzieliła się ze mną swoją opinią. — Przyda nam się powiew świeżości. Xabi z Realem osiągnął wszystko, co możliwe, a w Madrycie wydarzyło się zbyt wiele, co nie bardzo pomaga w tworzeniu udanego związku. Zmiana więc nie wydaje się być takim złym rozwiązaniem.
— A ja tam uważam, że Xabi jest potrzebny Realowi. — Sergio wtrącił swoje trzy grosze. — Jasne, pozyskaliśmy Kroosa, ale to nie zmienia tego, że wciąż pozostajesz bardzo ważną częścią drużyny.
— Znam twoje zdanie, dziękuję ci bardzo — powiedział Xabi i machnął ręką. — Może gdyby nie było Kroosa, moje odejście byłoby fatalnym błędem. Ale teraz, jeśli odejdę, zespół aż tak strasznie na tym nie ucierpi, bo macie za mnie idealne zastępstwo. 
— Ale Kroos nie jest tobą — jęknęłam. 
— No, stary, ty kochasz Real — dodał Ramos, a ja w podziękowaniu ścisnęłam mocniej jego ciepłą dłoń. — Nie wydurniaj się z tym odejściem.
Xabi jedną ręką objął Nagore w pasie, a drugą podrapał się po czole. Miał przy tym dziwną minę; zupełnie tak, jakby poważnie rozważał, czy nie zmienić zdania, aż w końcu prychnął i spojrzał na naszą trójkę — na każdym z osobna zatrzymał wzrok na kilka sekund.
— Nie zatrzymujcie mnie na siłę w miejscu, w którym już nie chcę być — rzucił na odchodne i ruszył w stronę hotelu. Nie obejrzał się za siebie.
Nagore wzruszyła ramionami i poszła za mężem. Po drodze zatrzymała się jeszcze przy mnie i zaszczyciła mnie miłym uśmiechem.
— Świetny benefis — pogratulowała mi. — Twoje przemówienie było naprawdę mądre i myślę, że wszystkim z nas dało do myślenia. 
Niechętnie odwzajemniłam jej uśmiech, bo nie było mi wtedy do śmiechu. Nagore i Sergio skinęli na siebie głowami i żona Xabiego pomaszerowała z powrotem do hotelu. Chyba wszystko było już przesądzone.  
Ramos spojrzał na mnie ze zrozumieniem i nie wydawał się być zły za to, że pozwoliłam Xabiemu zawlec się aż do ogrodu, żeby porozmawiać. Mimo że musiało go to wiele kosztować, starał się mi ufać, przez co chciałam mu pokazać, jak wiele to dla mnie znaczyło. 
Bo w tamtej chwili po raz pierwszy poczułam, że byłam w nim do szaleństwa zakochana. Nie byłam jednak w stanie mu tego wyznać.
— Możemy już wracać? — spytałam. Coś wypadało powiedzieć, zwłaszcza że wpatrywałam się w niego jak w obrazek.
— Pewnie — odparł i puścił moją rękę, żeby pogłaskać mnie po policzku swoją dłonią. — Chcesz coś zjeść, a może potańczyć…
— Nie — przerwałam mu stanowczo. — Chodzi mi o powrót do domu.
— W porządku, jeśli tego właśnie chcesz — mruknął po krótkiej ciszy, przyglądając mi się uważnie. Chyba się martwił.
Jako że Sergio widział po mnie, że nie dość że byłam wykończona, to na dodatek miałam paskudny humor, postanowił od razu zaprowadzić mnie przed budynek hotelu. To było o wiele lepsze niż gdybyśmy musieli iść przez salę balową, gdzie ktoś mógłby próbować mnie zagadywać. Chociaż przed wejściem widziałam, że sporo gości zbierało się już do odjechania. 
Między innymi wpadliśmy tam na Troy’a, który palił papierosa. Gdy nas zobaczył, szybko rzucił go na ziemię i zgasił butem. Potem wziął się za szukanie gumy do żucia w marynarce.
— Zamówię samochód — powiedział Sergio po hiszpańsku. Możliwe, że chciał dać mi okazję, bym jeszcze porozmawiała z Troy’em.
— Weźmiesz też moje rzeczy z apartamentu? — poprosiłam, przypominając sobie o swojej torbie w pokoju. Ramos pokiwał głową i pocałował mnie w policzek, ale zanim zniknął w środku hotelu, skinął na Troy’a z chłodnym spojrzeniem. Chyba na pewno go nie polubił.
— Dzięki za zaproszenie — odezwał się Troy, kiedy zostaliśmy sami, stając nieopodal wielkiej doniczki z kwiatami, by nie zagradzać innym przejścia. Zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu, uśmiechając się przy tym kpiąco. 
Zignorowałam to i wzruszyłam ramionami. 
— To nic takiego — powiedziałam. — Pomyślałam, że chciałbyś tu być. Przecież to nie tak, że nagle przestałeś być moim przyjacielem.
— Miałaś rację, Carter — przyznał, a ja, gdybym nie była taka zmęczona, zbierałabym już szczękę z podłogi. — Nie byliśmy takimi typowymi przyjaciółmi. Jakbyś nie zareagowała, to możliwe, że skończyłoby się to źle. A tak to przynajmniej nikt nie został zraniony.
— Zatem — szturchnęłam go łokciem w ramię — przyjaciele?
— Przyjaciele — skinął głową i wsadził ręce do kieszeni spodni. — To może teraz dowiem się, jakim cudem zostałaś dziewczyną Ramosa?
Założyłam ręce na piersi, bo wciąż miałam na sobie jedynie sukienkę, a tym razem zimny wiatr przynosił mi dreszcze zamiast przyjemnej ulgi. Poza tym nie wiedziałam, co odpowiedzieć Troy’owi. Sama do końca nie rozumiałam, dlaczego to wszystko się tak potoczyło. 
Ale chyba właśnie takie było życie. Nieprzewidywalne i pełne niespodzianek.
A Ramos zdecydowanie był bardzo miłą niespodzianką, której zamierzałam się mocno trzymać.
— Nie mam pojęcia — wyznałam i tak po prostu roześmiałam się. Troy pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć, że byłam niemożliwa. — To samo tak jakoś wyszło. 
— Czy nie zawsze tak jest? — spytał retorycznie. — Marzymy o czymś, co w prawdziwym życiu okazuje się wyglądać zupełnie inaczej?
— Najwyraźniej — przytaknęłam z rozbawieniem. — W końcu nasza wyobraźnia nie lubi brać pod uwagę potencjalnych problemów, a przecież życie właśnie z nich się składa…
Chwilę nam zajęło, zanim wybuchliśmy gromkim śmiechem. Kim Kardashian, która zmierzała do czarnego auta, spojrzała na nas krzywo. Troy mrugnął do niej, za co Kanye, idący tuż za nią, zmroził go wzrokiem. Rozbawiło mnie to jeszcze bardziej niż nasza pseudofilozoficzna rozmowa o życiu.
— A ty? — zmieniłam temat, gdy państwo West zniknęli w ciemnym samochodzie. — Masz kogoś?
Troy przytaknął, kiwając głową. 
— Poznałem taką jedną — wyjaśnił z nonszalanckim uśmiechem. — Pracuje w firmie farmaceutycznej. Sprzedałem jej dom, a że fajnie mi się z nią gadało, to zaprosiłem ją na kawę. Czas pokaże, co z tego wyjdzie. 
— Aż się dziwię, że tak długo byłeś sam — zauważyłam, widząc przez szklane drzwi hotelu, że Ramos zbliżał się do wyjścia. — Agent nieruchomości, zwłaszcza tak przystojny jak ty, mógłby mieć dziewczyn na pęczki. 
— Wiem — powiedział skromnie i machnął ręką. — Po prostu za dużo myślałem o tobie. Dobrze, że sprowadziłaś mnie na ziemię. 
Sergio wyszedł z hotelu, trzymając moją torbę w dłoni. Zaraz po nim podjechał samochód, którym mieliśmy wrócić do domu. 
— No to szczęścia — powiedziałam na pożegnanie do Troy’a i przytuliłam go.
— Wam również — uścisnął rękę Ramosowi, przy czym miałam wrażenie, że próbowali sobie nawzajem połamać palce. — Stary, powinieneś nauczyć się angielskiego.
— A ty powinieneś nauczyć się hiszpańskiego — odparował mu Sergio.
Przed tym, jak wsiedliśmy do auta, pomachałam jeszcze Troy’owi. Później Ramos podał adres kierowcy i wreszcie ruszyliśmy do domu.
W domu, gdzie nasz związek wszedł na następny poziom.