5 lipca 2015

19. Tak to się kończy

Winda zatrzymała się na parterze. Do zgrupowania miałem jeszcze jakieś trzy godziny, a że pogoda dopisywała, postanowiłem iść pobiegać, by przewietrzyć umysł przed meczem i przy okazji wybić sobie Carter z głowy. Uznałem to za konieczność, gdy — mijając recepcję — drogę zatarasowała mi dziewczyna łudząco podobna właśnie do niej.
Chwilę mi zajęło, zanim dotarło do mnie, że to naprawdę była ona. Nie poznałem jej na początku, bo uśmiechała się od ucha do ucha, co przecież nie było w stylu Carter, a ja zdążyłem już zapomnieć, jak śliczny uśmiech miała. Poza tym nigdy się tak nie cieszyła na mój widok; zazwyczaj wolała się krzywić albo na mnie krzyczeć. Kiedy jednak zrozumiałem, że przyjechała do Cardiff, że była tutaj i to w tym samym hotelu co ja, poczułem ukłucie w brzuchu. Jedno z tych przyjemniejszych. 
Gdy zaproponowałem jej, żeby pojechała na mecz ze mną, a ona odmówiła, przez cały wyjazd nie potrafiłem przestać myśleć, że zrobiła to dlatego, że nic do mnie nie czuła, a ja źle odczytałem wszelkie znaki. Teraz nadzieja, że było inaczej, do mnie wróciła, wraz z przekonaniem, że znowu się pomyliłem i niewłaściwie ją oceniłem.
Nie poleciała ze mną do Cardiff nie dlatego, że byłem jej obojętny, a dlatego, że po prostu nie chciała. Tak też się przecież zdarzało. W końcu wiedziałem, że Pilar mnie kochała, ale nie jeździła za mną po świecie z tego powodu.
Ta właśnie myśl sprawiła, że sam się uśmiechnąłem na widok roześmianej Carter. No i cieszyłem się, że zmieniła zdanie i zdecydowała się przyjechać. 
— Sergio! — zawołała i uniosła ręce w górę, jakby próbowała zwrócić na siebie moją uwagę. Nie musiała tego robić, bo swoją obecnością przyćmiewała innych. 
Zrobiłem więc kilka kroków w jej stronę, żeby zmniejszyć dzielący nas dystans. Nie odrywałem przy tym wzroku od jej twarzy; od tych wielkich, roześmianych oczu oraz lekkich zmarszczek w ich kącikach, od małego nosa, który marszczyła zawsze, gdy coś jej nie pasowało, od dołeczków w jej policzkach, zaróżowiałych ust i szyi, która zwykle pachniała owocami. Włosy miała spięte w koka i chociaż uwielbiałem, kiedy były rozpuszczone, tym razem wolałem, żeby tak zostało, bo nic nie zakrywało tej ładnej buzi i niskiego czoła. Ubrana była w obcisłe dżinsy, luźną, szarą koszulkę i czarne baleriny.
Nie sądziłem, że w ciągu jednego dnia można było się tak za kimś stęsknić, ale gdy wreszcie opuściła ręce, a ja wyciągnąłem jedną rękę, żeby objąć jej policzek, zorientowałem się, że byłem nieswój z tęsknoty za nią. Nawet za własnym synem nie tęskniłem tak bardzo, jak za nią. 
Będąc tak blisko niej, spodziewałem się poczuć zapach owoców i mocnych perfum; tak zazwyczaj pachniała. Zamiast tego uderzyła we mnie porządna dawka alkoholu. 
To dlatego była taka rozbawiona. A ja już, głupi, myślałem, że to na mój widok.
— Trochę wypiła w samolocie — usłyszałem niski głos zza pleców Carter, gdy strąciła ruchem głowy moją rękę ze swojej twarzy i rzuciła mi się na szyję. Alonso opierał się biodrem o kontuar recepcji i przyglądał mi się beznamiętnym wzrokiem. Widząc jego, natychmiast przestałem się uśmiechać. Czyli nie przyjechała sama.
Tak, jak my nie byliśmy sami w lobby. Oprócz Alonso, była tam jeszcze niska recepcjonistka ze spiętymi blond włosami oraz młody portier, pilnujący wózka z ich bagażami. Po mojej lewej stronie znajdowała się poczekalnia z fioletowymi kanapami i fotelami, która świeciła pustkami. Parę godzin temu recepcja pękała w szwach przez tych wszystkich dziennikarzy, ale najwyraźniej zdążyli się już zmyć na stadion.
Biorąc pod uwagę ostatnią przygodę z paparazzi, dobrze, że to zrobili. Carter nie potrzebowała kolejnego skandalu, chociaż wiedziałem, że ona się wtedy w ogóle tym nie przejmowała. 
— Trochę to mało powiedziane — mruknąłem karcącym tonem, patrząc wymownie na Alonso. Chciałem mu tym dać do zrozumienia, że skoro zdecydował się zabrać Carter do Cardiff, to mógł ją przynajmniej upilnować. 
Carter odsunęła się ode mnie, ale na małą odległość; w sam raz, żeby móc złapać mnie za ręce i utrzymać równowagę. Potem na mnie spojrzała i patrzyła tak przez chwilę, aż w końcu wybuchła śmiechem. Zmarszczyłem czoło, bo nie miałem pojęcia, co ją tak rozbawiło.
Pewnie moja twarz. Kiedyś mi powiedziała, że przypominała jej małpę.
— Ona jest dorosła — powiedział Alonso chłodnym głosem i wyprostował się. — Nie potrzebuje niańki.
— No tak — przyznałem mu kąśliwie. — Kiedy trzeba jej zabrać butelkę, to nagle jest dorosła.
Jako że nie chciałem wywlekać prywatnych rzeczy przy obcych ludziach, nic więcej nie dodałem. Byłem jednak pewien, że Alonso zrozumiał aluzję, bo zacisnął usta w cienką linię. Ale taka była prawda — gdy trzeba było jej przypilnować, to stawała się dorosła, a kiedy chciała z nim być, to uważał, że była niedojrzała, myśląc, że zostawiłby dla niej Nagore i trójkę dzieci. 
Wściekałem się na niego, choć tak naprawdę gryzło mnie tylko to, że razem przylecieli do Cardiff. Może pod moją nieobecność coś się między nimi wydarzyło i dlatego zdecydowali się wsiąść w samolot, żeby rzucić mi tym prosto w twarz, a potem uciec na bezludną wyspę. Idiotyczna myśl, bo gdyby faktycznie tak było, Carter już dawno by puściła moje ręce i poszła się przytulać do Alonso. Musiał więc istnieć jakiś inny powód.
Co jednak nie zmieniało tego, że wciąż odnosiłem wrażenie, że coś się między nimi zadziało podczas tej podróży. W innym wypadku Carter by się tak nie upiła. 
Alonso tego nie skomentował, dochodząc chyba do wniosku, że lobby w The Vale Resort nie było najlepszym miejscem na kłótnię. Skinął tylko głową i powiedział ze spokojem:
— Zabierz ją na górę, a ja zarezerwuję pokoje.
Jego spokojny ton trochę mnie uspokoił i sprawił, że zacząłem na nowo trzeźwo myśleć.
Złapałem Carter w pasie i zaprowadziłem ją w stronę wind, co, na szczęście, było bardzo krótką trasą. Kiedy drzwi windy się zamknęły, a ona mnie zapewniła, że była w stanie ustać na własnych nogach, opierając się o ścianę, przyjrzałem się jej uważnie. Zawsze za dużo myślała, a teraz wydawało mi się, że wszystko było jej obojętne. Jakby świat się za chwilę skończył, pewnie zaczęłaby się tylko śmiać.
Nie zastanawiając się nad tym, wcisnąłem guzik zatrzymujący windę. Taka okazja nie zdarzała się dwa razy, a ja miałem parę pytań do Carter. Ona sama nie protestowała. 
— Powiesz mi, dlaczego się tak upiłaś? — zapytałem, opierając się o przeciwległą ścianę, i skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej.
Carter uśmiechnęła się szeroko i wzruszyła ramionami.
— A dlaczego by nie? — zapytała retorycznie. Była przy tym jeszcze bardziej rozbawiona, o ile to w ogóle było możliwe. — Daj spokój, Sergio, wyluzuj. 
— Ciężko się wyluzować, wiedząc, że przyleciałaś do Cardiff z Alonso — mruknąłem do siebie, ale i tak mnie usłyszała.
— Jesteś zazdrosny? — roześmiała się, widząc, jak zaciskałem usta w odpowiedzi na jej pytanie. — O mój Boże, totalnie jesteś. 
— Po prostu wiedziałem, że tak będzie — powiedziałem z wyrzutem i spojrzałem na nią ze złością. Zdążyłem się przyzwyczaić, że nasze rozmowy zawsze kończyły się kłótnią i chyba dlatego do niej prowadziłem. — Wiedziałem, że jak tylko wyjadę z Madrytu, ty i Alonso się spikniecie…
— Dlatego chciałeś, żebym poleciała z tobą do Cardiff? — Carter momentalnie przestała się uśmiechać, ale z jej tonu trudno było stwierdzić, czy już wyprowadziłem ją z równowagi. — Bo Alonso nie leciał i chciałeś mnie mieć na oku? 
— Carter, to wcale nie tak — zaoponowałem jej, ale przerwała mi.
— Nie będę w kółko powtarzać, że skończyłam z Xabim — powiedziała bardzo dobitnie. — Ani jemu, ani tobie. A poza tym, to on pierwszy do mnie przyszedł. 
Zamrugałem kilka razy, jakbym nie dosłyszał, i opuściłem ręce. 
— Pierwszy? — powtórzyłem.
— Nie wiem, po co, chyba chciał przeprosić — wyjaśniła i wsadziła dłonie do kieszeni. — Zaczęliśmy rozmawiać i znowu się pokłóciliśmy, typowe. Później przyjechał Rene, więc go spławiłam, żeby się nie dowiedział, co robił twój brat. Przy okazji, to odkrył, kto stoi za tą aferą ze zdjęciami. No to pojechałam do Xabiego, żeby mu to powiedzieć, i tak się wściekł, że od razu chciał lecieć do Cardiff. Przyjechałam z nim tylko dlatego, że ktoś musiał go pilnować, bo on naprawdę wpadł w szał i jeszcze by kogoś zabił. No i też dlatego, że tęskniłam. Za tobą. 
Carter dostała prawdziwego słowotoku, więc musiałem się porządnie skupić, żeby to wszystko przetrawić. Zwłaszcza tę część o tym, że się za mną stęskniła. 
Ale było coś, co zainteresowało mnie bardziej od tego.
— Czekaj, wiesz, kto stoi za tymi zdjęciami? — zapytałem, gdy zrobiła przerwę na zaczerpnięcie powietrza.
— Tak, Rene ci nie powiedział? — Kiedy pokręciłem głową, dodała: — To był Iker.
Iker?
— Wiem, też byłam w szoku — ciągnęła Carter, podczas gdy ja stałem jak słup soli. — Był dziwny, kiedy go ostatni raz widziałam, wtedy, w restauracji, ale żeby takie coś? Ale potem się okazało, że on miał jakieś pretensje do Xabiego i najwyraźniej chciał się na nim odegrać…
Przestałem jej słuchać i wcisnąłem guzik. Winda ruszyła. 
Pokój dzieliłem tylko z Casillasem, więc nikt inny z drużyny nie miał szans, żeby dowiedzieć się, że to on upokorzył swojego, niegdyś, najlepszego przyjaciela. Nie dziwiłem się ani trochę temu, że Alonso wpadł w szał; ja sam ze złości zacząłem zaciskać dłonie w pięści. 
Myślałem, że Iker dostał porządną nauczkę kilka lat wstecz, że taka komitywa z dziennikarzami nie przynosiła niczego dobrego. Tymczasem on czekał na powrót Carter do Madrytu, żeby nakryć ją z Alonso i pokazać to całemu światu. Rozumiałem jego złość i zawód z powodu tego, że Xabi nie stanął po jego stronie w konflikcie z Mourinho, ale to i tak go nie usprawiedliwiało. Mógł mu po prostu dać po pysku zamiast lecieć z tym do mediów.
No, czy on zgłupiał do reszty, żeby odwalać takie coś i jeszcze mieszać do tego Carter?
Ona sama, kiedy zobaczyła, że przestałem zwracać uwagę na to, co tam pod nosem mamrotała, podeszła do mnie i objęła moje ramię. Przez moment przez głowę przemknęło mi pytanie, czy Alonso też tak pocieszała, gdy poznał prawdę, ale się nie odezwałem. Była pijana, ja byłem wściekły, a to nie był dobry moment na kłótnię.
Winda w końcu zatrzymała się na właściwym piętrze, a ja pociągnąłem Carter za sobą w stronę pokoju. Był średniej wielkości, ale za to przytulny i utrzymany w ciepłych kolorach; stały w nim dwa łóżka i mieliśmy balkon. 
Kto by się spodziewał, że dzieliłem go z człowiekiem, który lubił swoje problemy załatwiać na łamach prasy? Już bym wolał tego pedanta, Ronaldo. 
Iker siedział na swoim łóżku i czytał coś na tablecie, kiedy weszliśmy do środka. Oderwał od niego wzrok dopiero, gdy drzwi się za nami zamknęły, ale na widok Carter mina mu zrzedła. Dało mi to do myślenia — najwyraźniej domyślił się, że jej obecność oznaczała, że poznaliśmy prawdę.
— Ja się tylko położę na minutkę, nie przeszkadzajcie sobie — powiedziała wreszcie Carter, przerywając ciszę, podczas której tylko wymieniałem spojrzenia z Ikerem.
Kątem oka widziałem, jak kładła się na moim łóżku, a sekundę później słychać było już jedynie jej głęboki i miarowy oddech. Zasnęła. 
— Słuchaj, nie wiem, co ona ci nagadała… — zaczął Iker, jak tylko upewnił się, że Carter niczego nie usłyszy, ale uniosłem rękę, żeby nie kończył.
Sam nie wiedziałem, co właściwie chciałem mu powiedzieć. Że kapitan Realu Madryt nie powinien się tak zachowywać? Że drużyna składała się z kilkunastu indywidualności, które nie zawsze będą brały jego stronę? Że niektórym naprawdę zależało na dobru klubu, niż na tym, kto miał rację? I czy on nie powinien o to dobro dbać? 
Pewnie gdybym obrał którąś ze stron w jego konflikcie z Mourinho, mnie też by sprzedał do gazet. Od dłuższego czasu nie potrafiłem go poznać; to tak, jakby Iker wymieniał wieloletnich przyjaciół z drużyny na zakłamanych dziennikarzy. 
Nie musiałem mu jednak tego wygarniać, bo nagle do pokoju wpadł Alonso. Spojrzał najpierw na mnie i pokiwał głową, później na Carter, a na końcu zmroził wzrokiem Ikera. Następnie usiadł na brzegu mojego łóżka i jeszcze raz na mnie popatrzył.
— I dlatego właśnie przylecieliśmy do Cardiff — powiedział do mnie spokojnym głosem.
Iker rzucił tablet na łóżko i zerwał się na równe nogi. Wydawał się przy tym jeszcze bardziej wściekły, niż byłem ja, kiedy poznałem prawdę, a nawet bardziej niż Alonso, który podobno wpadł w szał.
— Czy wy naprawdę tego nie dostrzegacie? — zapytał i wskazał palcem śpiącą Carter. — To ona między wami miesza, nie ja. Jak jej nie było, to był spokój…
— Był spokój, bo niczego nie kombinowałeś — przerwał mu Alonso. Wyglądał na spokojnego i opanowanego, ale w jego głosie, kiedy zwrócił się do Ikera, słychać było istną wrogość. — Gdyby nie ona, to byś nie zrealizował tego swojego durnego planu. I na co ci to było? Chciałeś mnie tylko wkurzyć, czy odegrać się na mnie za to, że kiedyś wziąłem stronę Mourinho?
— Nic z tych rzeczy — zaperzył się Iker. — Chciałem ci tylko pokazać, zresztą tobie też, Ramos, że Carter niczego dobrego do waszego życia nie wnosi.
— Jak na razie, to ty nic dobrego do niego nie wnosisz — odgryzł mu się Alonso. 
— Wystarczy tych kłamstw, Iker — dodałem, siląc się na spokojny ton. — Wiemy, że nie chodzi ci o Carter. 
— Chodzi ci o mnie — powiedział Alonso i wstał, dzięki czemu stworzyliśmy coś w rodzaju trójkąta, stojąc po różnych stronach pokoju. — Udawałeś, że nie masz mi za złe, że stanąłem po stronie Mourinho, niby dla dobra drużyny, ale to ci nie dawało spokoju. Cały czas myślisz, że cię zdradziłem. 
— A jak inaczej miałbym myśleć?! — krzyknął Iker łamiącym się głosem. — Byłeś moim najlepszym kumplem i zamiast wziąć moją stronę, kiedy trener zaczął mnie oczerniać, ty broniłeś jego. Tego, który brał mnie za jakiegoś kreta, za kogoś, kto mógłby zdradzić drużynę…
— Jak widać, chyba aż tak bardzo się nie pomylił — wszedł mu w słowo Alonso. — Biorąc pod uwagę twoją zażyłość z dziennikarzami, nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że to ty wynosiłeś informacje z szatni. 
— Iker, nie możesz tak rozwiązywać swoich konfliktów — dodałem, żeby załagodzić atmosferę. — Tu nie chodzi tylko o ciebie, ale o dobro całej drużyny. Jesteś jej kapitanem, w twoim interesie leży, żeby dbać o ten klub, a nie robić z kolegów swoich wrogów. 
— Teraz wychodzi, że jestem fatalnym kapitanem — stwierdził Iker, jakby nie dowierzał w to, co słyszał, i załamał ręce. — To może ty powinieneś nosić opaskę, skoro tak strasznie ci zależy na szczęściu Realu!
Otwierałem już usta, żeby zaprzeczyć, ale Iker pokręcił z rezygnacją głową, minął nas i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami. Nie byłbym zdziwiony, jakby jutro jakiś hiszpański szmatławiec napisał o moim odejściu z klubu.
— Szkoda słów — powiedział w końcu Alonso i usiadł na łóżku Ikera. — Ale tak między nami, to byłbyś świetnym kapitanem.
Parsknąłem i założyłem ręce na piersi.
— To jaki masz plan? — spytałem, przyglądając się Carter, która spała jak zabita. Wyglądała przy tym tak uroczo, że nigdy bym nie pomyślał, że wnosiła do mojego życia same złe rzeczy.  — Zamierzasz się na nim zemścić?
— Właściwie to planowałem go zabić — zażartował, ale szybko spoważniał. — Nie wiem, nie mam pojęcia. Teraz, gdy emocje opadły, widzę, że nic z taką sytuacją nie można zrobić. Oprócz tego, żeby już nigdy więcej nie podpadać Ikerowi.
Zaśmiałem się. Dobrze było wiedzieć, że jeszcze potrafiliśmy ze sobą normalnie rozmawiać.
— Myślisz, że komuś o tym powie? — zapytał mnie Alonso. 
— Wątpię — powiedziałem i podszedłem do swojego łóżka, żeby pogłaskać Carter po głowie. — Za chwilę gramy ważny mecz, więc będzie siedział cicho, żeby nie dekoncentrować chłopaków. Chociaż to nigdy nie będzie coś, czym warto by się chwalić, bez względu na okoliczności. 
— Ta — przyznał i spojrzał na Carter. — Słuchaj, nie masz się czym martwić. To, że przyleciałem z nią do Cardiff, nic nie znaczy. Do niczego między nami nie doszło.
Dałem mu znak, że zrozumiałem, nie próbując nawet wnikać w szczegóły ich podróży. Carter nadal była tematem, na który nie byłem jeszcze gotowy z nim rozmawiać, czego Alonso się domyślił. Podniósł się leniwie z łóżka i klepnął mnie w ramię, ale zanim zamknął za sobą drzwi, rzucił:
— Powiedziała mi, że chce z tobą być. Zaufaj jej. 
Zaufałem.