21 kwietnia 2015

16. Uwolnij mnie

Od opublikowania prologu minął rok, a ja wciąż tutaj jestem. Wbrew pozorom, historia burzom nie jest burzliwa; losy tego fanfika tylko raz zawisły na włosku, w czerwcu, chociaż już nawet nie pamiętam dlaczego. Dzięki za wejścia i cierpliwość, za to, że czytacie i dzielicie się ze mną swoją opinią. Obiecuję, że za rok się tu nie spotkamy.

Carter.
Na dźwięk tego niskiego i wyjątkowo łagodnego głosu, który jeszcze do niedawna potrafił zadziałać na mnie wręcz upajająco, klucze wypadły mi z rąk i spadły na drewnianą posadzkę, niosąc za sobą to irytujące dźwięczenie. Bardzo powoli odwróciłam się za siebie i dosłownie zamarłam na widok Xabiego, który stał przed werandą z dłońmi schowanymi w kieszeniach spodni, a z jego twarzy mogłam wyczytać, że był w tamtej chwili dość spokojny (szkoda, że ja nie byłam). Dawno go takiego nie widziałam; zapamiętałam go wściekłego i mówiącego mi, że już zawsze miałam być dziewczyną, która wzięła jego serce i je zdeptała.
Skoro byliśmy przy sercach, moje zabiło szybciej. Po części dlatego, że to nadal był Xabi, za którym latami szalałam jak wariatka, a po części dlatego, że nasze ostatnie spotkanie skończyło się stosunkowo wymownie. Nie sądziłam, że jeszcze istniał jakiś powód, żebyśmy się ze sobą widywali.
Może on też tak myślał, dopóki Ramos nie wyjechał do Cardiff na mecz z (najwyraźniej) prawie całą drużyną. Może uznał, że jednak było coś do wyjaśnienia, a nieobecność Sergio tylko nam sprzyjała; w końcu działał on na Xabiego jak płachta na byka i vice versa. 
To gdybanie jednak mnie nie uspokajało.
Poza tym byłam zaskoczona jego widokiem. Nie żebym wcześniej o nim myślała, ale kiedy wczoraj wieczorem, niedługo po wyjściu Rene, Ramos wspomniał o wyjeździe do Cardiff na mecz o Superpuchar Europy, wydawało mi się, że jak wszyscy to wszyscy. Dlaczego więc Xabi został w Madrycie?
Sergio nie próżnował i wykorzystał okazję, żeby zapytać mnie, czy nie wybrałabym się z nim. Najpierw w mojej głowie zakołatała się myśl, że nie chciał się ze mną rozstawać na te kilka dni i uznałam, że to było słodkie, a potem pomyślałam, że tak naprawdę nie chciał zostawiać mnie samej, jakbym pod jego nieobecność miała zniknąć czy coś takiego. 
Zresztą, nieważne było, co sobie pomyślałam. Jakoś nie bardzo miałam ochotę znowu spędzać czas z piłkarzami i stwierdziłam, że wolałam zostać.
Co skończyło się na tym, że kiedy rano specjalnie wcześniej wstałam, żeby się pożegnać z Ramosem, nie było po nim śladu. Na stole w kuchni leżały tylko klucze od domu, a obok liścik, na którym niedbale napisał, żebym o sobie dbała.
Teraz, gdy już wiedziałam, że Xabi również został w Madrycie, dało mi to do myślenia, że Sergio chciał wziąć mnie ze sobą, żebym przypadkiem się z nim nie spotkała. Zdążyłam się nauczyć, że Ramos był strasznie uczulony na Xabiego, chociaż ja nie zamierzałam mu dokładać zmartwień. Poza tym i tak nie miał się czym martwić.
Schyliłam się, żeby podnieść klucze, co nie było takie łatwe, bo równocześnie starałam się nie spuszczać oka z Xabiego, tak dla pewności. Może miałam urojenia. Może wyobraziłam sobie, że on tam stał, a tak naprawdę go tam nie było. W końcu upały mi nie służyły.
Ale był tam. Odważył się nawet zrobić krok naprzód, a ja analizowałam go całego, od stóp do głów, starając się uważnie prześledzić każdy jego najmniejszy ruch. Czułam się trochę tak, jakbyśmy się nie widzieli od wieków; powoli zaczynałam zapominać wiele szczegółów z jego wyglądu.
Jak jego głębokie spojrzenie, które zawsze skupiało całą uwagę na swoim celu, albo kilkudniowy zarost, którym mnie łaskotał, kiedy mnie całował. Nie pamiętałam tych ciemnych, krótko przystrzyżonych włosów, które często sprawiały wrażenie, jakby Xabi dopiero co wyszedł spod prysznica; o jego szyi, która pachniała czymś, co wywoływało u mnie poczucie bezpieczeństwa, gdy trzymał mnie w swoich ramionach. Zapomniałam o jego owłosionym torsie, który dostrzegłam dzięki temu, że przy kołnierzu czarnej koszulki polo odpiął guziki, o jego dłoniach, które zobaczyłam w całej okazałości, kiedy wyciągnął je z kieszeni, robiąc kolejny ruch w moim kierunku, i o jego miękkich ustach, którymi potrafił wyczyniać ze mną cuda.
A przede wszystkim zapomniałam, że jeszcze do niedawna uważałam go za miłość mojego życia. Teraz był tylko facetem, który powiedział zbyt wiele przykrych słów.
— Nie powinieneś być w Cardiff? — spytałam, nie chcąc popadać w marazm. Odchrząknęłam i się wyprostowałam, chowając klucze do kieszeni szortów.
To była pierwsza rzecz, jaka przyszła mi na myśl, żeby o nią zapytać. Zwłaszcza że on sam nie wykorzystał tej chwili ciszy pomiędzy nami, żeby dodać coś więcej, oprócz wypowiedzenia mojego głupiego imienia.
A może to ja straciłam kontakt z rzeczywistością i ta chwila tak naprawdę trwała sekundę; o wiele za krótko, by mógł coś powiedzieć. Mówiłam, że upały źle na mnie działały.
— Nie mogłem wystąpić w meczu — wyjaśnił i wszedł na pierwszy schodek. Serce biło mi jak szalone. — Stwierdziłem, że nic tam po mnie.
Oblizałam wargi i cofnęłam się krok do tyłu, o mało nie wpadając na drzwi. Syknęłam pod nosem, próbując jakoś uspokoić bicie swojego serca; byłam wręcz przekonana, że jeżeli tym razem otworzyłabym usta, głos by mi drżał. A ja za bardzo chciałam wyjść przed nim na wyluzowaną.
— Ramos mówił wczoraj w szatni, że zamierza cię poprosić, żebyś pojechała z nim do Cardiff — ciągnął, wymijając kolejne schodki. W oka mgnieniu znalazł się na ganku, a potem oparł się o kolumnę, łączącą podłogę werandy z jej dachem. — Zakładałem, że się zgodzisz. 
— Nie zgodziłam się — odparłam szybko.
Chyba trochę za szybko. Twarz Xabiego się wykrzywiła, jakby coś sprawiło mu ból albo jakby zjadł coś kwaśnego. Cóż, jeżeli sądził, że planowałam wytłumaczyć się, dlaczego podjęłam taką a nie inną decyzję, to bardzo się mylił. Nie czułam już, żebym miała wobec niego jakiekolwiek zobowiązania.
To było zabawne uczucie. Kiedy siedziałam w samolocie do Madrytu, wydawało mi się, że przeżywałam jedną z tych nieszczęśliwych miłości, jakie ludzie lubili oglądać w słabych filmach. Myślałam, że Xabi tak bardzo mnie kochał, że czekał na mnie przez te dwa lata; że wystarczyło, że wróciłam, żeby rzucił dla mnie wszystko, choć nigdy wcześniej się do tego nie przyznawałam. Ale rzeczywistość sprowadziła mnie na ziemię, pokazała mi, że wcale tak nie było. Jego zachowanie, kiedy wybuchła afera zdjęciami, jego słowa w oświadczeniu czy podczas naszej ostatniej rozmowy w kuchni Ramosa, były jak powiew świeżego powietrza. Otworzyły mi oczy.
To nie oznaczało jednak, że się nie kochaliśmy. Teraz to był zupełnie inny rodzaj miłości. Xabi nie uważał, że byłam warta jego odejścia od Nagore, a ja przestałam czuć, jakbym była wobec niego czymś zobowiązana. Po prostu oboje pragnęliśmy, by każde z nas było szczęśliwe.
Dlatego szczerze trzymałam kciuki, żeby nazwisko tego, kto zlecił śledzenie nas tamtego popołudnia po brunchu, nie brzmiało Aranburu. Mimo wszystko Xabi nie zasługiwał na bycie z taką zdradziecką suką.
— A tak w ogóle, to co tu robisz? — zapytałam, dochodząc powoli do porządku dziennego. Domyśliłam się także, że musiałam wybić go z rytmu swoją poprzednią reakcją.
Wzruszył ramionami, znowu wsadzając ręce do kieszeni.
— Pomyślałem, że jeżeli nie pojechałaś… — urwał. Nie miałam pojęcia, co chciał powiedzieć. — Jestem ci winien przeprosiny.
— Nie musisz mnie przepraszać za to, co myślisz — zapewniłam go. — Ja nawet nie chcę, żebyś to robił.
Xabi otworzył usta, żeby zapewne mi zaoponować, ale zrezygnował z tego pomysłu. Zaczynałam czuć się głupio, stojąc na werandzie i nie wiedząc, co ze sobą zrobić, więc poszłam usiąść na ławce, która stała nieopodal. Oparłam się plecami o oparcie, żeby mieć idealny widok na to, co było przede mną.
Powietrze było duszne, chociaż nawet nie próbowałam szukać słońca na zachmurzonym niebie. Świat wydawał mi się jakiś taki ponury; właściwie to perfekcyjnie odzwierciedlał mój paskudny nastrój, który mnie ogarnął, odkąd Sergio poleciał do Cardiff bez pożegnania. Czyżbym za nim tęskniła? Gdzieś w tle usłyszałam pierwszy tego dnia grzmot. Zanosiło się na burzę. 
Xabi poszedł moim śladem i usiadł obok mnie na ławce. Znalazł się na tyle blisko, że do moich nozdrzy uderzyła mocna woń jego perfum, których używał, gdy byliśmy parą. Uwielbiałam je, więc poczułam miłe ukłucie w brzuchu na wieść, że choć tej jednej rzeczy nie zmienił. Bicie mojego serca wracało powoli na właściwe tory.
— Wcale tak nie myślę — powiedział w końcu. Nie patrzyłam na niego; utkwiłam wzrok przed sobą. — To był impuls.
— Czy pod wpływem impulsu nie mówimy prawdy? — zapytałam. Brzmiało to trochę filozoficznie. 
— Pod wpływem impulsu zawsze mówiłem ci przykre rzeczy — przypomniał; czułam jego przeszywające spojrzenie na sobie. — Kiedy byłem zły. One nigdy nie były prawdziwe. Wiesz o tym, prawda?
— Wiesz o tym, że Sergio nigdy nie powiedział mi niczego przykrego? — powiedziałam tak, jakbym nie słyszała jego słów. Po prostu wysunęłam wniosek. 
— Nie wprost — zauważył Xabi z przekąsem. 
— Bo tak się zachowują ludzie — stwierdziłam, wciąż na niego nie patrząc. — Kiedy twoja żona mówi ci, że jesteś idiotą, nie odpowiadasz jej, że ona jest idiotką. Mówisz to koledze. 
— A co to ma do rzeczy? — zapytał. Po jego tonie domyśliłam się, że nie rozumiał. 
Westchnęłam ciężko, zastanawiając się przez moment.
— To, że gdybyś naprawdę tak nie myślał, to byś tego nie powiedział — powiedziałam i wreszcie na niego spojrzałam. Xabi zmarszczył czoło. — Nie wierzę w to, że w złości mówi się rzeczy, których się nie myśli.
— Carter, na litość boską — odparł niecierpliwie. — Czytasz mi w myślach? 
— Nie muszę…
— Kompletnie się mylisz — przerwał mi. — Powiedziałem ci, że już zawsze będziesz dziewczyną, która złamała mi serce, bo to fakt. Taki sam, jak to, że Nagore mnie zdradziła. Ale to nie znaczy, że tak myślę.
— Jak pokłócisz się z Nagore, to też w złości jej krzyczysz, że cię zdradziła? — uniosłam jedną brew do góry, bo jego wyjaśnienia były dziwaczne.
My się totalnie nie potrafiliśmy zrozumieć.
— Moje kłótnie z Nagore nie są twoją sprawą…
— Widzisz? — weszłam mu w słowo, starając się ukryć satysfakcję w swoim głosie. — Znowu to robisz. Traktujesz mnie z góry. To o to chodzi? Jesteś ode mnie starszy o dwanaście lat i uważasz się za mądrzejszego ode mnie?
— Carter, przestań…
— Znowu! — prawie krzyknęłam, że aż Xabi odsunął się ode mnie. — Xabi, nie jestem już dzieckiem. Rozumiem więcej niż ci się wydaje. 
Xabi zacisnął usta w cienką linię i odwrócił głowę.
Usłyszałam następny grzmot, tym razem o wiele bliżej niż poprzedni. Zrobiło się ciemniej, a kiedy spojrzałam w górę, niebo było pokryte czarnymi chmurami. Wciąż było upalnie i z trudem przychodziło mi oddychanie, dlatego z niecierpliwością wyczekiwałam deszczu. Łudziłam się, że tylko on mógł przynieść ulgę i złagodzić napięcie, które tkwiło pomiędzy mną a Xabim. 
— Nie chcę znowu wracać do tego, co było… — zaczął, a ja prychnęłam.
— To nie wracaj…
— Nie spędziłem z tobą wystarczająco dużo czasu, żeby to stwierdzać — zignorował mnie i dalej ciągnął. — Żeby wiedzieć, czy wydoroślałaś. Ale swoją ucieczką udowodniłaś swoją niedojrzałość. 
— A nie zastanawiało cię, dlaczego teraz nie uciekłam? — zapytałam. Nie czułam już strachu; ogarniała mnie wściekłość. — Wyciekły te zdjęcia, powiedziałeś, że nic cię ze mną nie łączy, dziennikarze koczowali przed szpitalem. Dlaczego nie wyjechałam? 
— Z powodu Ramosa — odpowiedział bez zastanowienia i tym zamknął mi jadaczkę.
Nie miałam pojęcia, skąd to wytrzasnął, ale jeżeli bym zaprzeczyła, to bym skłamała. Poniekąd, bo przecież za nic w świecie nie zamierzałam mu się przyznawać, że wzięłam na siebie odkrycie tego, kto nas śledził w ten pamiętny deszczowy dzień. 
— To dlatego byłem wtedy taki wkurzony — wytłumaczył, a nasze spojrzenia się na chwilę spotkały. Potem odwróciłam głowę. — Najpierw całujesz się ze mną, a potem lecisz do Ramosa…
— Pocałowanie cię było impulsem — powiedziałam. — Nic nie znaczyło. 
Oczywiście skłamałam, bo przecież uważałam, że to był najlepszy pocałunek na świecie i że był wart tej całej afery. Tyle że dałam się wtedy ponieść emocjom, wcale tego nie planowałam.
— Dlaczego nie możesz zostawić mnie w spokoju? — zapytałam znienacka. Gdy na niego spojrzałam, Xabi zrobił bardzo dziwną minę. Nawet nie zamierzałam jej analizować. — Pocałowaliśmy się i tyle. Potem powiedziałeś w tym oświadczeniu, że nic cię ze mną nie łączy. Masz Nagore. Dlaczego cię interesuje, czy mieszkam u Ramosa czy nie? To nie jest twój interes, tak jak moim interesem nie jest to, o co się kłócisz z Nagore.
— Przestań…
— Nie, nie przestanę — zaoponowałam. — Sam powiedziałeś, że już zawsze będę dziewczyną, która złamała ci serce. Wybrałeś Nagore. Nie masz prawa niczego ode mnie oczekiwać. 
— Ty ode mnie oczekiwałaś — mruknął.
— Słucham?
Xabi położył rękę na oparciu ławki i spojrzał w dół. Wpatrywałam się w niego z szeroko otwartymi oczami, nie rozumiejąc, co miał przez to na myśli. Deszcz powoli zaczął bębnić w dach werandy; prawdziwa ulewa była już tylko kwestią czasu.
— Oj, nie oszukujmy się — powiedział w końcu, patrząc na mnie. — Nie powiesz mi chyba, że przez dwa lata w Londynie nie łudziłaś się, że na ciebie czekam i rzucę dla ciebie wszystko, jeśli wrócisz do Madrytu, że będziemy żyć długo i szczęśliwie. 
— To i tak nie jest już istotne — odparłam szybko, utrzymując kontakt wzrokowy, mimo że zgasił mnie tak, że wolałam zapaść się pod ziemię niż ciągnąć tę rozmowę. — Przestałam się łudzić.
— No tak, naturalnie — zadrwił. — Wystarczyło, że Ramos zrobił to, czego ja nie zrobiłem.
— Sugerujesz mi teraz, że kazałam mu odejść od Pilar? — Deszcz padał coraz mocniej, więc i ja musiałam mówić coraz głośniej, żeby Xabi mógł mnie usłyszeć. — Jesteś chory.
Zerwałam się na równe nogi i złapałam za głowę. Przeszłam się kilka razy wzdłuż werandy, żeby się uspokoić, ale to i tak mi nie pomogło.
Jak on w ogóle mógł coś takiego zasugerować… Nawet jeżeli coś zaczynałam czuć do Ramosa, nigdy nie powiedziałabym mu, żeby rozstał się z Pilar. Gdyby wciąż byli razem, nie ośmieliłabym się rozbić ich związku. Na litość boską, Xabi miał prawo zarzucić mi wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że byłam zdolna do zniszczenia rodziny i odebraniu rodzica małemu dziecku.
Przecież Sergio sam zerwał z Pilar. Do niedawna nie miałam bladego pojęcia, że to ja byłam tego przyczyną, ale nie kazałam mu tego zrobić. To była jego decyzja.
Gdzieś uderzył kolejny piorun. 
— Może przesadziłem… — zaczął się tłumaczyć, ale tylko jeszcze bardziej mnie wkurzył.
Opuściłam ręce i spojrzałam na niego ze wściekłością.
— Może? — krzyknęłam. — Jak tobie w ogóle mogło przyjść na myśl, że kazałabym Ramosowi odejść od Pilar i porzucić małe dziecko? Jak ja nawet tobie nie kazałam odejść od Nagore! 
— I co, powiesz mi, że nie chciałaś tego zrobić? — po jego tonie słyszałam, że i on tracił cierpliwość.
— Oczywiście, że nie! — zawołałam. — Tak, przez dwa lata się łudziłam, że mnie nie przestałeś kochać, ale to ja byłam tą, która odeszła! Serio sądzisz, że miałabym na tyle tupetu, żeby nagle wrócić i kazać ci odejść od żony? Naprawdę masz o mnie takie beznadziejne zdanie?
Xabi spuścił głowę, nie odpowiedział. Ja się wręcz gotowałam w środku.
— A może to wcale nie chodzi o mnie — powiedziałam już normalnym głosem. — Może zżera cię zazdrość o Ramosa.
— Nie bądź niedorzeczna — warknął, patrząc na mnie.
— Nie jestem — zaperzyłam się. — Ty jesteś niedorzeczny. Mogłeś być sobie o mnie zazdrosny dwa lata temu, ale teraz nie masz do tego żadnego prawa. Sam niedawno mi powiedziałeś, że zależy ci na moim szczęściu.
— A ty powiedziałaś, że myślisz, że tylko ze mną mogłabyś być — odgryzł mi się.
— Myliłam się.
 Bo tak było. 
Wpatrywaliśmy się w siebie ze złością. Deszcz padał coraz mocniej, że było wręcz niemożliwe, by coś dostrzec. Pioruny trzaskały na wszystkie strony. Dziękowałam w duchu, że Ramos nie zasadził w pobliżu drzewa, bo byłam pewna, że zostalibyśmy bez dachu. 
Ale wcale nie przeszkadzała mi ta pogoda. Mimo że powietrze robiło się lżejsze, między mną a Xabim wręcz się gotowało. O wiele bardziej niż podczas moich kłótni z Ramosem.
Po dłuższej ciszy, przerywaną tylko grzmotami i ulewą, Xabi westchnął.
— Przyszedłem cię przeprosić za to, co powiedziałem wcześniej — powiedział. Zupełnie innym głosem niż wcześniej, zdecydowanie łagodniejszym. — I teraz znowu będę musiał cię przepraszać.
— Mówiłam, że nie chcę twoich przeprosin — odparłam. — Chcę, żebyś dał mi spokój.
— Naprawdę tego chcesz? — zapytał i wstał z ławki, mimo że na werandzie nie było zbyt wiele miejsca, odkąd się rozpadało. — Naprawdę do szczęścia potrzebujesz tylko tego, żebym dał ci spokój?
— Tak — odpowiedziałam bez zająknięcia. — Ty jesteś szczęśliwy, dlaczego ja…
— Nie jestem szczęśliwy — przerwał mi.
Wyszczerzyłam oczy. Czy ja się przesłyszałam? Czy naprawdę powiedział to, co powiedział?
— Ramos jest inny — dodał. — Był nieszczęśliwy, to odszedł. Nie męczył się z Pilar ze względu na dziecko. Ja tak nie umiem. Wybrałem Nagore i będę żyć z tym wyborem do końca życia.
— A gdyby ona ci powiedziała, że możesz odejść? 
Nie poznałam odpowiedzi na swoje pytanie, bo ktoś niespodziewanie wpadł na werandę. Dosłownie wpadł — minął schodki jednym skokiem i o mało nie walnął parasolem w drzwi. Obejrzeliśmy się z Xabim w tamtą stronę, ale dopiero kiedy złożył parasolkę, udało mi się zobaczyć, że to był Rene. Był mokry i dyszał ciężko. 
Gdy zorientował się, że mu się przyglądaliśmy, uśmiechnął się nonszalancko i oparł parasol o ścianę domu.
— Cześć! — przywitał się. Wydawał się radośniejszy niż wczoraj.
Przyjrzałam mu się uważnie.
— Co ty tu robisz? — zapytałam. — Ramos jest w…
— W Cardiff, no przecież wiem. — Rene wywrócił oczami. — Nie mam twojego numeru telefonu, a załatwiłem to, o co mnie prosiliście…
Zrobiłam ruch, żeby zamilkł, bo Xabi o niczym nie miał pojęcia i patrzył na Rene z niezrozumieniem. Brat Ramosa od razu umilkł i wyciągnął ku niemu rękę.
— Siemasz — powiedział, kiedy ściskali sobie dłonie. — Co tam słychać, stary? Czemu tak stoicie na zewnątrz?
Zapomniałam, po co w ogóle wychodziłam z domu.