4 kwietnia 2015

15. Coś mnie tu trzyma

Ruszyłam wybrukowaną ścieżką, którą oświetlały mi lampy z czujnikiem ruchu umiejscowione po obu jej krawędziach, zmierzając prosto do domu Ramosa. Była już późna noc, a do tego dość chłodna jak na madryckie standardy; księżyc na niebie świecił tak jasno, że nie potrzebowałam tych lamp, żeby widzieć drogę. Gdzieś po drodze zdjęłam szpilki, które wręcz dobijały moje stopy i które tylko mnie spowolniały.
Naprawdę chciałam jak najszybciej znaleźć się w środku, bo miałam nadzieję, że dzięki temu zdołam uniknąć Ramosa. Zaledwie zdążył podjechać pod dom, a ja wyskoczyłam z jego samochodu jak poparzona, nie czekając nawet, aż zaparkuje w garażu albo przynajmniej wyłączy silnik. Ta niezręczna cisza między nami już mnie męczyła, chociaż wiedziałam, że rozmowa nie byłaby lepsza, dlatego łapałam się czegokolwiek, byleby tylko wymigać się i od tego, i od tego.
Zmęczyło mnie to wszystko, a do tego żałowałam, że byłam tak lekkomyślna i dałam się ponieść emocjom po rozmowie z Xabim. Gdybym doszła do siebie po wyjściu ze szpitala, mogłam po prostu podziękować Ramosowi za troskę i wrócić do Londynu, a on nie musiałby rozstawać się z Pilar i byłoby po staremu. Tymczasem mnie się zachciało bawić w detektywa, bo potrzebowałam powodu, żeby zostać w Madrycie, skoro do Anglii nie miałam po co wracać.
Ale po co chciałam tu zostawać? Dla Ramosa, z którym kłóciłam się za każdym razem, gdy tylko któreś z nas otworzyło usta i powiedziało coś, co nie spodobało się temu drugiemu? To raczej nie był związek moich marzeń.
Musiałam w końcu zacząć myśleć o rzeczywistości, zamiast ciągle bujać w obłokach. Uświadomiłam to sobie, kiedy znalazłam się na werandzie i zrozumiałam, że nie miałam kluczy, bo to nie był mój dom. Nie mogłam szybciej od Ramosa znaleźć się w środku i zamknąć się w swoim pokoju, żeby się przed nim schować, bo byłam tutaj gościem. Pozostawało mi jedynie czekanie albo klasyczna ucieczka.
Co do przebiegu reszty wieczora, to po zdarzeniu w kuchni nie wydarzyło się nic szczególnego. Cała nasza piątka (ja, Sergio, Pepe, Marcelo i Cris) udawała, że ta mała pogawędka dotyczyła pogody a nie spisku, do którego próbowałam ich wciągnąć, co mi się zresztą udało. Byłam tym taka podniecona, że nie mogłam wysiedzieć w miejscu i marzyłam, żeby ta kolacja się skończyła. Nawet nie potrafiłam udawać zainteresowanej rozmową z Bale’m; rzucałam tylko co jakiś czas ukradkowe spojrzenia Ramosowi, żeby załapał aluzję i powiedział coś w stylu, że musimy się zbierać. Tym razem jednak mnie ignorował i totalnie wciągnął się w dyskusję z Modriciem.
Im dłużej musiałam tam siedzieć i grać społeczną osobę, tym bardziej się męczyłam, co skutecznie gasiło moje podniecenie. Kiedy więc Sergio uznał, że nadszedł czas, żeby wracać do domu, byłam wrakiem człowieka i moim jedynym celem było jak najszybsze znalezienie się w łóżku. To dlatego milczałam przez całą drogę powrotną.
Gdy entuzjazm na myśl, że zyskałam pomoc w odszukaniu tego kogoś, kto zrobił mi zdjęcia z Xabim, zaczynał gasnąć, w mojej głowie pojawiło się powątpiewanie, czy dobrze postępowałam. W końcu co mnie obchodziło, czy to Nagore nas szpiegowała czy nie? Xabi ją wybrał, a że ja odeszłam, to pozostawało mi się z tym pogodzić. Do tego dochodziła kwestia Ramosa, który stawał się wobec mnie jeszcze mniej ufny, ilekroć wspominałam o tej aferze. Jeżeli mieliśmy być razem, nie powinnam była wykazywać takiego zainteresowania byłym facetem.
Najlepsze w tym wszystkim było to, że czułam, że coś się we mnie zmieniło. Carter sprzed tygodnia w takiej sytuacji by zwiała, bo nie potrafiłaby sobie z nią poradzić. Obecna ja też nie bardzo wiedziała, co zrobić, ale była gotowa, żeby się z tym zmierzyć. To było takie dziwne, bo nigdy przedtem nie byłam czegoś tak świadoma, mimo że to i tak w niczym mi nie pomagało.
Rzuciłam szpilki na drewnianą posadzkę, żeby rękami objąć swoje nagie ramiona, bo od tego stania w jednym miejscu robiło mi się zimno. Kiedy zobaczyłam zbliżającą się sylwetkę Ramosa, poczułam lekką ulgę. 
— Zmarzłaś — zauważył spostrzegawczy Ramos z przejęciem, kiedy wbiegł na werandę, żeby otworzyć drzwi. Nie potrafiłam stwierdzić, ile czasu tak sterczałam, ale zaczynałam się już trząść. — Napalę w kominku, jak… 
— Po prostu otwórz te drzwi — przerwałam mu. — Nie musisz taki być.
— Taki, czyli jaki? — Jego dłoń, która trzymała klucze, zatrzymała się w połowie drogi do zamka. Jęknęłam mimowolnie, a on na mnie spojrzał i zmarszczył czoło. — Co ci się we mnie nie podoba?
— Sergio, błagam cię — powiedziałam błagalnym tonem. — Po prostu… odpuść. Chociaż raz nie wykorzystuj moich słów jako pretekstu, żeby się ze mną pokłócić.
Rozchylił lekko usta, a potem je zamknął. Nie przestawałam się na niego patrzeć z błagalnością, licząc, że to wystarczyło, żeby nie drążył tematu, otworzył te piekielne drzwi i zostawił mnie w spokoju, żebym mogła pójść spać i nigdy się już nie budzić. Było mi zimno, a to nie pomagało mojemu zmęczeniu ani tym bardziej mojej irytacji.
Ale on zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Postawił ze dwa kroki w moją stronę, wyciągnął wolną rękę i przyciągnął mnie do siebie, mocno obejmując mnie w pasie. A potem mnie zwyczajnie przytulił. Bez szpilek byłam naprawdę niska, więc moja głowa znalazła się gdzieś w okolicach jego serca, które biło jak cholera, mimo że Ramos przypominał wtedy istną oazę spokoju. To mnie zachęciło, żeby położyć dłonie na jego plecach i pozwolić mu się przytulać.
Wcześniej nie myślałam, że potrzebowałam tylko tego, żeby mnie ktoś przytulił. Chyba nawet nie byłam świadoma, jak wiele to mogło mi dać, bo przecież już dawno nikt mnie nie przytulał, tak po prostu, bez żadnego powodu. Ale kiedy Ramos mnie tak do siebie tulił, a głowę trzymał w moich włosach, poczułam, jakby tego mi ostatnio brakowało. Takiego braku pretensji i ciągłej kłótni; po prostu zwykłego przytulenia.
— Mogę ci powiedzieć, o czym nie mogę przestać myśleć? — zapytał i przerwał ciszę, która po raz pierwszy w jego towarzystwie nie była taka męcząca. Poza tym było mi tak dobrze, gdy mnie przytulał, że nawet nie wkurzył mnie, gdy się odezwał.
Pokiwałam więc głową na zgodę, co wyglądało, jakbym go głaskała włosami po klatce piersiowej.
— Myślę o tym, jak bardzo chcę z tobą być, ale brakuje mi odwagi. — Zamarłam, gdy usłyszałam te słowa. — To chyba dlatego mi tak odwala i ciągle się kłócimy. Bo nie umiem być dla ciebie tym, kim chcę być.
Odsunęłam głowę, żeby móc na niego spojrzeć, żeby zobaczyć jego minę. Podniósł rękę, w której trzymał klucze, i opuszkiem palca pogłaskał mnie po policzku. Patrzył przy tym na mnie z takim ciepłem, że momentalnie gęsia skórka zniknęła z moich ramion.
— Sergio, tobie nie brakuje odwagi — powiedziałam cicho. — Gdyby tak było, to byś nie odszedł od Pilar. Nie zaryzykowałbyś… — zawahałam się i przygryzłam dolną wargę — dla mnie.
— Już ci mówiłem, że dla ciebie zrobiłbym wszystko — przypomniał.
— No to mi zaufaj — poprosiłam z dziwną werwą w głosie. — Zaufaj, kiedy ci mówię, że mi na tobie zależy. Spróbuj nie być taki… emocjonalny. 
Teraz popatrzył na mnie z rozbawieniem, które graniczyło na niezrozumieniu tego, co chciałam przez to powiedzieć.
— Czyli co, jak nie będę taki… emocjonalny, to będziemy razem? — po jego głosie słychać było, że go to bawiło.
— No cóż, tak — przyznałam po chwili zastanowienia. — Ale szczerze mówiąc, przyzwyczaiłam się do tego, że ciągle drzemy ze sobą koty i teraz nie potrafię sobie wyobrazić nas jako parę.
Sergio też się nad tym zastanowił i prychnął ze śmiechu.
— To by było dziwne — stwierdził. — Wyobraź sobie naszą kłótnię po której, zamiast tak jak zawsze przestać się do siebie odzywać, poszlibyśmy uprawiać seks czy coś w ten deseń.
— Wyobraź sobie nasz seks!
Oboje parsknęliśmy śmiechem, dopóki nie zrozumieliśmy, o czym rozmawialiśmy i jak niewielka odległość nas dzieliła. Spojrzeliśmy na siebie; w oczach Sergio widziałam coś w rodzaju pytania, na które nie wiedziałam, jak odpowiedzieć. Trochę się lękałam, czy nie przekraczaliśmy pewnej granicy, którą na pewno byśmy przekroczyli, gdybyśmy byli razem. Położyłam swoją dłoń tuż przy jego sercu, które biło jeszcze szybciej niż wtedy, kiedy się do niego przytulałam. Wzięłam głęboki oddech, a Sergio przysunął głowę w moim kierunku…
— Nie przeszkadzam?
Zanim w ogóle usta Ramosa zbliżyły się do moich na niebezpieczną odległość, usłyszeliśmy gdzieś z boku niski głos. Nie znałam go i chyba dlatego tak szybko odskoczyłam od Sergio i popatrzyłam w prawą stronę. Przy schodkach werandy stał jakiś facet. Powiedziałabym, że to była nieudolna kopia Ramosa.
Z całą pewnością był od niego starszy o kilka lat. Nie miał takiej podłużnej twarzy jak Sergio, za to mniejsze usta i surowe spojrzenie, w przeciwieństwie do Ramosa, którego oczy często pałały entuzjazmem. Podobnie jak on, zaczesywał włosy do tyłu i zapuszczał brodę. Ubrany był całkiem zwyczajnie — w ciemne dżinsy, obcisły podkoszulek i skórzaną kurtkę. Na lewej dłoni mignęła mi złota obrączka.
Zanim się przedstawił, domyśliłam się, że to musiał być brat Ramosa, Rene. 
— O, cześć — przywitał się z nim Sergio i wcale nie brzmiał, jakby był na niego zły za to, że nam przeszkodził. Może to nawet dobrze, że to zrobił. — Myślałem, że przyjedziesz rano.
— Napisałeś, że to ważne. — Rene wsadził ręce do kieszeni dżinsów i ruszył na górę po schodkach. — A jak ważne, to nie może czekać. Wiesz o tym.
Gdy znalazł się dość blisko, wyciągnął w moją stronę rękę.
— Jestem Rene, starszy brat Sergio — przedstawił się, uśmiechając się krzywo. Dzięki temu jego spojrzenie nie wydawało mi się już takie surowe. — A ty pewnie jesteś Carter.
— Zgadza się — uścisnęłam jego dłoń. — Miło cię wreszcie poznać.
— Ciebie również — powiedział. Brzmiał trochę oficjalnie. Puścił moją dłoń i spojrzał na Ramosa. — To co to za wielka sprawa, bracie?
Uniosłam brwi do góry. Zdziwiłam się trochę tym, że był taki konkretny; nie bawił się w jakąś gadkę szmatkę, tylko od razu przechodził do sedna. W ogóle nie przypominał Ramosa, który zwlekał z rozmową tak długo, jak się dało.
Może to dlatego, że coś do mnie czuł, a ja dla Rene byłam kompletnie obca.
— Wejdźmy do środka — zaproponował Ramos. 
Złapałam szpilki, które i tak od razu cisnęłam gdzieś przy wejściu, a potem poszłam do salonu, bo jak tylko Sergio przestał mnie przytulać, znowu zaczęłam marznąć. Wzięłam koc, który leżał na oparciu sofy i otuliłam się nim mocno; kiedy siadałam na kanapie, przysunęłam nogi prawie że pod samą brodę. Ramos i Rene weszli za mną; ten pierwszy ściągnął marynarkę i rzucił ją na najbliższy fotel, podwinął rękawy koszuli i poszedł do kuchni po szklanki. Rene, jakby nigdy nic, zdjął kurtkę, położył ją niedaleko mnie i podszedł do kominka, żeby rozpalić ogień.
Chwilę później w salonie zrobiło się ciepło, a Ramos przyniósł trzy szklanki i whisky. Kilka łyków wystarczyło, żebym się rozgrzała i przestała się trząść. Sergio usiadł obok mnie i położył rękę wzdłuż oparcia kanapy, a Rene zajął fotel, który stał przy kominku, skąd miał na nas najlepszy widok. Ze szklanką whisky w dłoni przypominał mi surowego rodzica, którego mieliśmy zapytać, czy będziemy mogli wrócić godzinę później do domu.
— Mamy pewien problem z prasą — zaczął Ramos, starannie dobierając słowa. Miałam wrażenie, jakby próbował zbalansować granicę pomiędzy powiedzeniem tego, co najistotniejsze a ukryciem tego, czego Rene nie musiał wiedzieć.
Chociaż, jak dla mnie, nie było niczego do ukrycia. Cały świat i tak już wiedział więcej niż powinien; jeżeli Rene do tej pory nic o tym nie słyszał, to jedna osoba w tę czy w tamtą nie robiła mi znaczącej różnicy.
— Chcesz ogłosić swój związek z Carter? — zapytał Rene bez owijania w bawełnę.
— Co? — rzucił Ramos trochę piskliwym głosem, a ja poczułam, jak się rumienię. — Nie jesteśmy razem.
— Wydawało mi się, że odszedłeś od Pilar właśnie po to, żebyście byli razem — wyjaśnił Rene, jakby zapomniał o mojej obecności i jakby nie uważał, że kompromitował swojego brata.
Spojrzałam na Ramosa. Był zaczerwieniony i zaciskał szczękę, więc musiał być w tamtej chwili i zażenowany, i wkurzony. Nie miałam rodzeństwa, ale zawsze sobie myślałam, że w ich naturze leżało upokarzanie swoich młodszych braci. 
Rene wyraźnie to właśnie robił i chociaż jego twarz ani drgnęła, wydawało mi się, że nieźle się wtedy bawił. Nawet zaczęłam współczuć Sergio. 
— Słuchaj, ja nie oceniam — powiedział Rene, wyciągając ręce w obronnym geście. — Sam przecież wiesz, że wierzę, że warto iść za głosem serca i jeżeli tego właśnie chcesz, to nie ma problemu. Tyle że lada moment zaczyna się sezon i nie jestem pewien, czy kolejny skandal — bo to na pewno wywoła skandal — ci przysłuży.
— Skandal? — powtórzyłam, patrząc na Ramosa, ale to Rene mi odpowiedział.
— Chodzi mi o tę aferę z twoimi zdjęciami. — Czyli wiedział. — Nie uważam, żeby to był najlepszy czas, żeby ogłaszać światu, że jesteście parą. Sergio zostawił Pilar z malutkim dzieckiem, a ty się całowałaś z żonatym mężczyzną, z którym…
— Rene, dziękujemy, ale doskonale znamy swoją sytuację — przerwał mu Sergio. 
Byłam mu za to cholernie wdzięczna, bo jego brat był pierwszą osobą, z którą miałam styczność, która była zwyczajnie obiektywna i pokazała mi ostatnie wydarzenia z perspektywy człowieka, który mnie nie znał, który nie żywił do mnie żadnych uczuć. Nie było to jednak przyjemne uczucie; czułam się, jakby mi ktoś wylał wiadro lodowatej wody na głowę.
— Ale dobrze kombinujesz, bo nam właśnie chodzi o te zdjęcia. I nie jesteśmy razem — dodał Ramos.
Rene rzucił mu zaciekawione spojrzenie, a następnie popatrzył na mnie.
— Popatrz, Carter, nie jesteście parą, ale broni cię jak lew. — To chyba był żart w jego stylu, bo jego górna warga lekko drgnęła i wykrzywiła się w uśmiechu. — O co chodzi z tymi zdjęciami?
— Cóż, chcę się dowiedzieć, kto je zrobił — wyjaśniłam, choć ledwo potrafiłam wydukać przy nim więcej niż dwa słowa, tak mnie zaczynał onieśmielać. — Kto był na tyle zdesperowany, żeby ruszyć za nic nieznaczącą dziewczyną w taką ulewę…
— Carter, od wielu lat jestem menadżerem Sergio i znam ten świat od podszewki, jak mało kto — przerwał mi, a jego ton sugerował mi, że opowiadałam głupoty. — Potrafię określić, kto jest nic nieznaczący dla show–biznesu i ty zdecydowanie coś znaczysz.
— Ja nie…
— Wpisz swoje nazwisko w Google — powiedział i wyciągnął z kieszeni dżinsów swój telefon, a potem położył go na stoliku, przesuwając w moją stronę. Nie zamierzałam dotykać jego komórki, nawet jakby mnie do tego zmuszał torturami; wolałam mu uwierzyć na słowo. — Ktoś, kto nic nie znaczy dla show–biznesu, nie ma kilkunastu tysięcy wyników w ciągu ułamka sekundy. Jesteś znana. Nie ze swoich dokonań, bo ich nie masz, ale jesteś znana, bo masz sławną babkę, sławnych rodziców i fortunę na koncie, której chyba nie jesteś świadoma. Mam wrażenie, jakbyś żyła w jakiejś fikcyjnej bajce, jakbyś nie ogarniała ponurej rzeczywistości, w której twoje nazwisko wiele znaczy.
— Ja nie jestem osobą publiczną — warknęłam przez zaciśnięte zęby. Rene zirytował mnie tą wyliczanką, traktując mnie jak dziecko we mgle, które nie jest świadome tego, co ma i co miało. — Może osoby, z którymi się spotykałam, są, może moja babka nią była, ale ja nie jestem.
— Tak ci się tylko wydaje — stwierdził, jakby było mu mnie żal. — Ale ja bym ci doradził, żebyś sobie poszukała kogoś, kto ci pomoże się odnaleźć w tym show–biznesie i zajmie się twoim wizerunkiem, i…
— Dość, Rene.
Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby Ramos był taki stanowczy. Odstawił pustą szklankę na stolik i rzucił bratu gniewne spojrzenie.
— Rozumiem, że to twoja praca, ale nie pisałem do ciebie, żebyś odwalał konsultację dla Carter — powiedział wolno, tak, aby Rene zrozumiał każde jego słowo. — Napisałem, bo potrzebujemy pomocy. Chcemy wiedzieć, kto zrobił te zdjęcia.
— Przecież wiesz, że nie wiem — odparł Rene i napił się whisky.
— Wiem — przytaknął Sergio. — Ale wiem również, że masz znajomości w prasie. I że możesz to wykorzystać, żeby się tego dowiedzieć.
Rene nic nie powiedział. Minę miał, jakby analizował to, co Ramos od niego chciał. Spojrzałam na tego ostatniego z przejęciem, bo coraz mniej lubiłam jego brata i coraz mniejszą nadzieję miałam na to, że mógłby nam pomóc, mimo że jakąś godzinę temu nie wiedziałam nawet, że Sergio wezwał kogoś do pomocy.
W końcu Rene podniósł się z fotela, postawił szklankę na stół i wziął swój telefon.
— Rano mógłbym zadzwonić w parę miejsc, spróbować się czegoś dowiedzieć — powiedział i ruszył po swoją kurtkę. — Ale chcę coś w zamian.
Ramos nie wydawał się być tym zaskoczony.
— Zaraz mogę ci wypisać czek… — powiedział, ale Rene przerwał mu, poprawiając kurtkę przy kołnierzu.
— Nie tego, pajacu — przewrócił oczami. — Postaram się załatwić nazwisko, ale podam je wam tylko wtedy, kiedy Carter zgodzi się, żebym jej pomógł.
— A w czym? — zdziwiłam się.
— Wydaje mi się, że już dawno przestałaś kontrolować swoje życie, o ile kiedykolwiek to robiłaś. — To było wredne, musiałam przyznać. — Jeżeli masz być z moim bratem, ktoś musi zająć się twoim wizerunkiem. Chciałbym cię ogarnąć.
Nim się zorientowałam, co właściwie robiłam, pokiwałam głową. Rene pomachał nam na pożegnanie i wyszedł. Dopiero, kiedy drzwi za nim trzasnęły, spróbowałam zrozumieć, co się przed chwilą stało. Czy ja naprawdę zgodziłam się na jego ofertę, żeby zajął się moim wizerunkiem w zamian za durne nazwisko, które było winne temu chaosowi w moim życiu? Czy on w ogóle był w stanie to wszystko posprzątać?
Ramos pogłaskał mnie po głowie. Spojrzeliśmy na siebie; nie wiedziałam nawet, co myśleć.
— To tylko Rene — pocieszył mnie. — Przyzwyczaisz się.
Najwyraźniej do wielu rzeczy miałam się przyzwyczaić.