14 marca 2015

14. To nie jest moje miejsce

— No cóż, Carter, muszę to powiedzieć na głos… To czysta głupota.
Jeżeli Marcelo, ten, którego śmiało można by ochrzcić królem debilnych pomysłów, uważał coś za idiotyzm, to najprawdopodobniej tak właśnie było. Mój entuzjazm zgasł, szybciej, niż zdążył się we mnie zakiełkować i stworzyć marną imitację nadziei, że jednak nie siedziałam w tym sama, że mogłam liczyć na najdrobniejszą wskazówkę czy trop. Tymczasem znowu spotkałam się z dezaprobatą.
Znajdowaliśmy się w chłodnej i przyciemnionej kuchni, do której światło wpadało tylko przez wejście i uchylone okno, przez które padały promienie zachodzącego już słońca. Opierałam się o lodówkę, walcząc z otwarciem puszki z colą, Pepe siedział przy długim stole z butelką piwa w ręce, z której drugą ręką zrywał etykietę, a Marcelo stał plecami do okna. Upał był niemiłosierny i to dlatego znaleźliśmy tutaj schronienie (a przynajmniej tak brzmiała oficjalna wersja), z dala od ogrodu, w którym trwała impreza — zebrało się paru chłopaków z drużyny i rozpalili sobie grilla. Chociaż wszyscy zachowywali się, jakby wszelkie mosty przeszłości zostały spalone, to jednak z ogromną ulgą uciekłam przed ich ciekawskimi spojrzeniami. Zwłaszcza przed Ramosem, który nie spuszczał ze mnie oka.
I mimo że jak dotąd nikt nie wspomniał ani słowem o moim „planie”, wiedziałam, że Pepe i Marcelo byli we wszystko wtajemniczeni, chociaż niespecjalnie mnie interesowało, kto im powiedział. Od zawsze ich lubiłam i byłam przekonana, że byli warci zaufania, ale to nie zmniejszyło mojego rozczarowania, kiedy wyszło, że i oni nie podchodzili zbyt optymistycznie do tego, co zamierzałam. Kiedy przyczaili mnie w kuchni, domyśliłam się, że nadszedł czas na interwencję… dla mnie.
Gdzieś z tyłu głowy dobijała się do mnie myśl, że to było niepokojące. Dlaczego im tak na tym, na mnie, zależało? Nie wyjechałam przecież z Madrytu z łatką świętej krowy, raczej czarnej owcy. Gdyby to mnie ktoś zrobił takie rzeczy, jakie ja zrobiłam im, skreśliłabym tę osobę na zawsze. Oni za to próbowali ze mną spokojnie rozmawiać i odwodzić mnie od mojego pomysłu, jakby chcieli, żebym przestała węszyć.
Oczywiście próbowałam samą siebie przekonać, że to było głupie, bo jeszcze mi brakowało, żebym przestała ufać ostatnim ludziom na świecie, którzy nadal mieli ochotę ze mną gadać. Kilka dni temu wiele bym dała za chwilę spokoju i samotności (w końcu to dlatego spławiłam Troy’a, chociaż to zbyt łagodne słowo), ale obecna sytuacja uświadamiała mi, że kiedy chodzi o konkretną osobę, samotność to ostatnia rzecz, jakiej się pragnie. 
I tak, miałam na myśli Ramosa.
Nie uważałam, bym potrzebowała jakiejkolwiek interwencji albo następnej pogadanki o tym, jak to mój pomysł ssie, albo zapewnień, że wcale nie musiałam mieć powodu, żeby zostać w Madrycie trochę na dłużej, bo byłam tutaj mile widziana i nikt mnie wyganiał (oprócz Ramosa i Xabiego parę dni temu). Wolałam jednak udawać, że było na odwrót, ponieważ już ledwo wytrzymywałam siedzenie przy stole naprzeciwko Sergio, który gapił się na mnie tak, jakby sądził, że jego wzrok może mnie prześwietlić i przejrzeć na wskroś.
Nie lubiłam, jak ktoś patrzył na mnie z taką intensywnością i próbował odczytać coś, czego starałam się po sobie nie dać poznać, dlatego najlepszym rozwiązaniem było pójście sobie stamtąd. I tak nie potrafiłam skupić się na żadnym z żartów Marcelo, który siedział po mojej lewej stronie, ani Garethecie Bale’u, który umocnił Real w zeszłym okienku transferowym, więc dopiero się poznaliśmy. Od razu złapaliśmy wspólny język, może to dlatego, że to nas właśnie łączyło — język angielski. 
— Fajnie dla odmiany pogadać z kimś po angielsku, kimś, kto nie jest moją Emmą — wyznał, kiedy zabraliśmy się za jedzenie, i nikt na nikogo nie zwracał uwagi, ani tym bardziej na język przy stole.
Już dawno porzuciłam swoje wizje o byciu wegetarianką, więc nawet się dwa razy nie zastanawiałam, kiedy Cristiano postawił przede mną talerz ze stekami. Gareth poszedł moimi śladami, a ja zobaczyłam sceptyczne spojrzenie Ramosa. Słabo znał angielski, więc musiało go bardzo wpieniać, że nie potrafił do końca zrozumieć, o czym mówiliśmy, przez co czułam dziwną satysfakcję. 
— Hiszpański nie bardzo mi leży, chociaż chodzę na kilka lekcji w tygodniu — ciągnął Bale, odwodząc mnie od myśli o Sergio. — Jak ty się nauczyłaś hiszpańskiego? Może masz jakieś wskazówki?
— Moja babka mieszkała w Madrycie, odkąd pamiętam — wyjaśniłam. Nie przeszkadzały mi jego pytania, ale w moim głosie słychać było poirytowanie. Głównie przez to, że Ramos nie przestawał się na nas patrzeć i był wyjątkowo milczący. — Rodzice często mnie do niej wysyłali. Bardzo jej zależało, żebym umiała ten język, a wiadomo, że małe dzieci szybko się uczą.
— To prawda, moja Alba ma dwa lata, a zna więcej hiszpańskich słów niż ja… — zamilkł na chwilę i odłożył sztućce. — Hej, twoją babcią jest Evelyn Harvelle? Ta, która niedawno zmarła?
Pokiwałam głową.
— Przykro mi — powiedział. Brzmiało szczerze. — Słyszałem, że nie była łatwą kobietą, choć dziennikarką wybitną. 
Uśmiechnęłam się mętnie. Ostatnią rozmowę o mojej babce odbyłam z Troy’em i nie zamierzałam tego zmieniać. Świat znał ją jaką wspaniałą dziennikarkę, którą szanowali nawet ci, którzy ją nienawidzili, a ja nie bardzo miałam ochotę niszczyć ten obrazek. Wolałam to przemilczeć.
Podobnie jak przemilczałam całą drogę do Crisa. Sergio zresztą też nie bardzo palił się do pogawędki; kiedy zdarzyło mi się cicho westchnąć, podkręcał radio, by zagłuszyć moją obecność jakąś hiszpańską piosenką. Tamta rozmowa miała podobno wszystko między nami wyjaśnić i naprawić to, co się zepsuło, ale było wręcz przeciwnie — namnożyła tylko tego, co już zdążyło się nazbierać. Byłam zdezorientowana, głównie dlatego, że chyba pierwszy raz w życiu byłam tak piekielnie szczera, a on mi po prostu nie uwierzył. I jeszcze dochodziły uczucia, które we mnie wstąpiły po jego ostatnich słowach…
Potrzebowałam wyłączyć myśli, bo wiedziałam, że nadmierne analizowanie nie mogło mi w niczym pomóc. Musiałam to przełknąć i ruszyć dalej ze swoim życiem. W końcu Ramos już obrał stanowisko w naszej sytuacji, chociaż jego wzrok, którego ode mnie nie odrywał, nie ułatwiał mi tego.
Dlatego przeprosiłam gości i odeszłam od stołu. Oprócz Sergio, Garetha, Pepe, Marcelo i Cristiano, był jeszcze Modrić i Irina, która wczoraj przyjechała do Madrytu. Chociaż wcześniej nie spędzałam z nią za wiele czasu, to miło było widzieć ją i Crisa razem. No i też doceniałam ją za to, że dzięki niej nie byłam znowu jedyną dziewczyną w towarzystwie samych facetów.
— Oni na te swoje imprezki zapraszają tylko te dziewczyny, które rzadko się tutaj pojawiają — zażartowała Irina, gdy przypadkiem wypowiedziałam ostatnią myśl na głos. — Żonom wstęp wzbroniony.
Brak ich żon czy długoletnich partnerek nie szokował mnie tak bardzo, jak to, że to była ledwie namiastka drużyny Realu. Ramos już zawczasu domyślił się, że to mnie będzie nurtować, dlatego — kiedy zaparkował, ale nie wyszliśmy jeszcze z samochodu — wyjaśnił mi najważniejsze rzeczy i zaspokoił moją ciekawość.
— Nie chcę, żebyś nastawiała się na spotkanie z nie wiadomo kim — odezwał się do mnie w końcu. Dobrze wiedziałam, co miał na myśli przez „nie wiadomo kogo”. — Niektórzy nie mogli przyjść, wiesz, jakieś inne rodzinne zobowiązania i takie tam. Na przykład Iker jest pochłonięty swoją rodziną, chociaż to nic takiego, bo z nim to ostatnio mało kto chce spędzać czas poza boiskiem. Alonso tłumaczyć nie będę, bo się pewnie domyślasz, ale dodam tylko, że on jakiś czas temu wymienił nas na Arbeloę.
— Ale przecież na brunchu wydawało się, że wszystko między wami okej…
— To było spotkanie czysto piłkarskie — wyjaśnił z niecierpliwością, jakby nie spodziewał się, że będę ciągnąć tę rozmowę. Jakby mnie w ogóle nie znał. — Gdy chodzi o dobro drużyny, jesteśmy gotowi schować dumę do kieszeni. Gdy rozchodzi się o prywatne sprawy, chodzimy swoimi drogami. Wszystko się posypało, kiedy obraliśmy różne strony w konflikcie Ikera z Mourinho.
Dobrze było wiedzieć, że nie tylko moje odejście zniszczyło przyjaźnie, choć to było dość głupie uczucie. Trochę, jakby wina, którą na siebie wzięłam, znacząco zmniejszyła swój rozmiar.
— A wiesz, że widywałam się z nim w Londynie? — zagadnęłam, ogarnięta jakąś nagłą chęcią, by sobie z nim pogadać, zanim ruszymy na kolację Cristiano. — Kiedy Evelyn przyjeżdżała, to się z nim spotykałyśmy. W ogóle nie chciał o was rozmawiać, powiedział tylko, że podjęłam najlepszą decyzję z możliwych, decydując się wyjechać z Madrytu. Oczywiście babka go poparła i nieźle na was psioczyła… Mówiła, że mnie popsuliście…
— Powiem ci, Carter — zaczął i rzucił mi krótkie spojrzenie — że niektórzy są dla siebie wprost stworzeni.
Ton jego głosu, sugerujący po raz kolejny to, czego za wszelką cenę starałam się nie dopuszczać do myśli, sprawił, że odechciało mi się dalszej rozmowy z nim. Wyszłam z auta bez słowa, nawet na niego nie czekając ani tym bardziej się za nim nie oglądając. On był wręcz mistrzem w niszczeniu miłej atmosfery, jakby miał to we krwi.
— No cóż, skoro ty uważasz, że to głupota, to musi tak być — odparłam z przekąsem i wreszcie udało mi się otworzyć tę cholerną puszkę z colą. Zeszło mi tak długo, bo starałam się nie ochlapać sukienki, którą miałam na sobie.
— Oj, Carter, nie musisz się od razu obrażać — powiedział Marcelo, opuszczając ręce. — Po prostu uważam, że trudno stworzyć jakikolwiek plan, jak nie wie się od czego zacząć.
— Nie żebym myślał, że to fajny pomysł, ale jednak coś mi tutaj śmierdzi — odezwał się Pepe, który długo nic nie mówił. — Ale czy masz w ogóle jakiegoś podejrzanego? Wiesz, kto mógłby was śledzić? Kto widziałby w tym korzyści dla siebie?
— A jak sądzicie? Kogo Carter może podejrzewać?
Cała nasza trójka spojrzała w stronę wejścia do kuchni. Ramos powoli ruszył ku nam z rękami schowanymi w kieszeniach, a potem usiadł na stole, wcześniej biorąc jedną z butelek piwa, które były postawione przed Pepe. Zachowywał się nonszalancko, jakby nie uważał, żeby przerywał nam rozmowę, w której nie chcieliśmy, by uczestniczył.
Przynajmniej ja nie chciałam.
— No nie. Nagore? — jęknął Marcelo tonem, który mówił coś w rodzaju: „dałabyś już sobie spokój”. — A co jej te zdjęcia dały?
— Spytaj Carter — polecił mu Ramos i napił się piwa, posyłając w moją stronę kpiący uśmieszek.
Marcelo spojrzał na mnie pytająco. Wiedziałam, że Sergio zrobił to naumyślnie.
— Nie wiem, pomyślałam, że musiała oszaleć, kiedy się dowiedziała, że przyjechałam do Madrytu — wytłumaczyłam szybko, a gdy ich brwi powędrowały wysoko w górę, zrozumiałam, że to nie były wystarczające wyjaśnienia. — Nagore zawsze coś do mnie miała, mimo że to ona zostawiła Xabiego. Kiedy dał jej drugą szansę, to uważacie, że pozwoliłaby mi to zepsuć? Ona nie jest głupia, uczy się na błędach. Może uznała te zdjęcia za dowód, czy Xabi naprawdę jej wybaczył, dowód na to, czy ją kocha. Zaryzykowała, bo nie była pewna, czy jej nie zostawi, kiedy wypłyną do mediów, ale jak tego nie zrobił, no to…
— Nie wydaje mi się, żeby tak było — powiedział Pepe, kręcąc głową. — Alonso ma swój kodeks. Nieważne, czy by ją kochał czy nie, czy by ją nienawidził czy za nią szalał, jeżeli zdecydował się do niej wrócić, to zdania nie zmieni. Bez względu na to, jak ten skandal wpłynie na jego życie, na to, ile ty na tym ucierpisz, on jest nauczony, by żyć ze swoimi decyzjami, jakiekolwiek by one nie były. To żaden dowód uczuć, to tylko pokaz zwykłej zawziętości.
— A ja uważam, że Nagore miała motyw — skwitował Ramos, nie dając mi nawet szansy, by przemyśleć to, co powiedział Pepe. — Po tym, co zrobiła parę lat temu, musiała odbudować swoją medialną reputację. Nie pomogło jej przecież urodzenie Emmy, potrzebowała czegoś mocniejszego. A co jest mocniejsze niż zdjęcie obściskującego się męża z byłą kochanką? Bez urazy, Carter.
Wzruszyłam ramionami, a on dalej ciągnął:
— Teraz w mediach robi za pokrzywdzoną żonę, która wybaczyła mężowi, bo zależy jej na dobru rodziny. Próbuje być drugim Alonso, ale w jej przypadku to wychodzi sztucznie i nic dziwnego, że Carter ją podejrzewa.
— Myślałam, że moje teorie to dla ciebie głupota — zauważyłam, szczerze zdziwiona tym, że wreszcie mnie w czymś poparł.
— Już mi wszystko jedno — rzucił z obojętnością, a ja zmarszczyłam czoło. — Jeżeli tego właśnie chcesz, to ktoś musi ją złapać i przepytać. Jak w tym serialu, który oglądasz… Arrow, tak?
— Chwileczkę! — zawołał Marcelo, robiąc krok naprzód, tym samym przypominając o swojej obecności, bo ja już byłam gotowa, by zacząć mówić o Arrow. — Nie popadajmy w obłęd. To tylko spekulacje, wasze prywatne odczucia. Nie ma powodu, by ją właściwie podejrzewać…
— Nie ma? — warknął Ramos i zeskoczył ze stołu. — Mogę ci wymienić miliony powodów…
— Oj, przestań. — Marcelo wywrócił oczami. — Zaślepia cię nienawiść. Zawsze jej nie znosiłeś i jak trzeba szukać winnego, to obwiniasz właśnie ją. Obwiniałeś ją za odejście Carter, za stratę przyjaźni Alonso, teraz obwiniasz ją za to medialne bagno, a zaraz pewnie zaczniesz ją obwiniać za to, że ci z Pilar nie wyszło. Stary, rozumiem, że jesteś zakochany, ale…
— Stul dziób — wycedził Sergio i walnął butelką w stół, a potem stanął naprzeciwko Marcelo, by zmniejszyć przestrzeń między nimi. — Jeszcze jedno słowo, a ci walnę.
Pepe zerwał się na równe nogi, o mało nie przewracając krzesła, żeby zagrodzić im drogę do siebie. Ja sama nie zareagowałam, bo nie bardzo wiedziałam, jak.
— Przestańcie się kłócić, do cholery — powiedział ze stanowczością, której, przynajmniej mnie, ciężko było się sprzeciwić. — Rozumiem, że się nie zgadzacie, ale po co się od razu lać? Nie możecie tego odłożyć na później? 
Albo mi się przewidziało, albo Pepe faktycznie skinął lekko głową, żeby wskazać na mnie i przypomnieć im, że stałam w tym samym miejscu, co wcześniej, i nigdzie się nie ruszyłam. Jeżeli nawet ja się łapałam na tym, że mogłam im nie ufać, to oni chyba za to naprawdę nie darzyli mnie zaufaniem.
Albo po prostu były pewne rzeczy, których nie musiałam słyszeć, bo to zwyczajnie nie był mój interes.
Tyle że brak zaufania lepiej tłumaczył to, dlaczego Ramos mi nie uwierzył, kiedy mu powiedziałam, że mi na nim zależy. Nie uwierzył, bo mi nie ufał i tyle.
— To naprawdę dziwne, że tak się stało — powiedział do mnie Marcelo, już uspokojony, nie pozwalając mi, bym zaczęła się wtedy przejmować brakiem zaufania z ich strony. — To podejrzana sprawa. Ale takie obwinianie ludzi przez pryzmat tego, co zrobili kiedyś, też nie jest fajne.
— Posłuchaj, Marcelo — odezwałam się wreszcie, głośno i wyraźnie, by cała trójka dobrze mnie zrozumiała. — Jeżeli to nie Nagore nas śledziła, jeżeli to nie ona za tym stoi, to będzie w porządku. Nawet więcej niż w porządku, bo to będzie oznaczać, że Xabi podjął dobrą decyzję, a ona naprawdę się zmieniła. Po prostu chcę wiedzieć, czy to była ona czy nie, bo to mi nie daje spokoju. Nie szukam w tym korzyści dla siebie, robię to dla jego dobra. Nie chcę, żeby spędził resztę życia z kobietą, która mu nie ufa i posuwa się do tak durnych sposób, byleby mieć nad nim jakąś kontrolę.
— I ty go nie kochasz? — prychnął Ramos, za co rzuciłam mu mordercze spojrzenie.
— Pozwij mnie za to, że chcę jego szczęścia! — krzyknęłam, zezłoszczona do granic możliwości, i odstawiłam puszkę na szafkę kuchenną. — Tu nie chodzi o żadną miłość. Gdyby to dotyczyło ciebie, Marcelo, Pepe albo kogokolwiek innego, zrobiłabym dokładnie tak samo. To ty masz jakiś chory kompleks na punkcie Xabiego i szukasz byle kogo, by go obwinić za to, że nie jesteśmy razem. Może czas zacząć winić siebie, Sergio, bo to twoja wina. Nigdy nie będziemy razem, właśnie przez ciebie.
Kątem oka zobaczyłam, jak Marcelo i Pepe spuścili wzrok, ale Ramos wpatrywał się we mnie z równą wściekłością, jaką ja wtedy czułam. Ta rozmowa przybrała niespodziewany obrót, w dodatku nie zbyt przyjemny; wiedziałam, że nie powinnam była mówić takich rzeczy w obecności osób trzecich, ale obsesja Sergio na punkcie Xabiego osiągnęła punkt krytyczny. To już nie była zazdrość, to było jakieś szaleństwo.
Zbyt długo przejmowałam się tym, że to przeze mnie taki był, przez to, że odeszłam i strasznie go zraniłam. Może i zawiniłam tym pocałunkiem, ale dla niego od zawsze było problemem to, że kochałam jego najlepszego przyjaciela. Na to nie mogłam nic zaradzić i wreszcie do mnie docierało, że nie byliśmy razem nie z mojej winy, bo ja byłam gotowa udowodnić mu swoje uczucia. Tyle że wiedziałam, że nawet jakbym to zrobiła, to on i tak by mi nie uwierzył.
Najlepsze było to, że to mnie nie doprowadzało do rozpaczy. Sprawiało jedynie, że chciało mi się śmiać, bo to wszystko było jakąś komedią.
— Czy wy musicie się ciągle na siebie drzeć? — Cristiano wpadł do kuchni jak tornado i spojrzał na nas z pretensją. — Irina przyjechała na chwilę, chciałem, żeby miło spędziła czas, a wy zawsze musicie wszystko popsuć. Dzięki wielkie, w ogóle nie można na was liczyć.
— Jak chcesz spędzić miło czas z dziewczyną, to nas nie zapraszaj — zauważył Pepe z przekąsem. — Zabierz ją na kolację albo uprawiajcie seks, a nie ty urządzasz imprezę z ludźmi, którzy nie potrafią ogarnąć swoich problemów.
— A wy znowu o tych zdjęciach? — skarcił mnie i Ramosa. — Carter, myślałem, że po naszej rozmowie dasz sobie spokój. 
— Nie da sobie spokoju, bo jej sumienie na to nie pozwala — zakpił Sergio, a ja wtedy naprawdę walczyłam ze sobą, żeby się na niego nie rzucić i mu nie przyłożyć. — Musi naprawiać swoje błędy.
— No tak, powinnam brać przykład z ciebie — rzuciłam, chociaż wydawało mi się, że mówiła to jakaś inna osoba, o wiele bardziej podlejsza niż ja. — W końcu to ty zostawiłeś matkę swojego syna, by nie być z kimś, kogo tak bardzo kochasz.
Oczywiście wiedziałam, że to nie mogła być — i najprawdopodobniej nie była — prawda. Ale zachowywał się jak palant i ktoś musiał wylać mu kubeł zimnej wody na głowę, nawet jeśli to miałam być ja. To było takie niekończące się koło: albo układało się między nami dobrze, co sprawiało, że czuliśmy wobec siebie wiele dobrych rzeczy, albo robiliśmy wszystko, by sobie dokopać i jeszcze bardziej się znienawidzić.
Popatrzyli na mnie. Ramos ze wściekłością, Marcelo z politowaniem, Pepe z zaciekawieniem, a Cristiano ze zdziwieniem. Czułam się jak zwierzę zamknięte w klatce w zoo, wystawione na pożarcie, tak, że każdy mógł sobie na mnie popatrzeć i czymś we mnie rzucić. W końcu to oni byli przyjaciółmi od lat — ja byłam tylko dziewczyną, która dużo mieszała.
Ale nie musiałam być cicha. Kiedy leciałam do Madrytu, powtarzałam sobie, że nie miałam niczego do stracenia. Mogłam mówić, co chciałam, bo kiedy już raz coś stracisz, nie możesz stracić tego drugi raz. Nie było się więc o co martwić.
Dlatego zamierzałam odkryć tego, kto stał za tymi zdjęciami. Bo to od nich się wszystko zaczęło i na nich musiało skończyć. 
— Niech będzie — ogłosił Cristiano, do którego dotarło, że nie odpuszczę. — Nie mam pojęcia, co mamy robić, ale im mniej osób będzie wiedziało, że węszymy, tym dla nas lepiej. Musimy ograniczyć szkody do minimum, a Alonso nie może się o niczym dowiedzieć. 
Niechętnie, ale wreszcie Pepe, Marcelo i Ramos mu przytaknęli. Wygrałam.
— A teraz zapraszam na grilla — klasnął w dłonie, by ponaglić nas do wyjścia. — I proszę się szeroko uśmiechać.
Pepe i Marcelo szybko ruszyli do wyjścia, najwyraźniej nie chcąc wywoływać kolejnych kłótni; Cristiano poszedł za nimi, by ich ponaglić. Zostałam w tyle, nawet nie wiedziałam, dlaczego. Nie miałam już nic do powiedzenia Ramosowi. 
On za to tak.
— Co będzie, jeżeli to Nagore stoi za tą aferą? — zapytał beznamiętnym głosem i spojrzał na mnie, a ja po raz pierwszy tego wieczoru nie czułam się, jakby mnie atakował.
Na to pytanie istniała tylko jedna odpowiedź, której nie zamierzałam przed nim skrywać.
— Nie mam pojęcia.