4 października 2014

8. Stałaś się tym, co straciłem

— Panno Harvelle, jak pani skomentuje najnowsze zdjęcia, na których znajduje się pani w niedwuznacznej sytuacji z pomocnikiem Realu Madryt, Xabim Alonso?
To było jedno z wielu pytań zadanych przez dziennikarzy, którzy następnego dnia czekali specjalnie na mnie przed budynkiem szpitala, i przekrzykiwali się między sobą. Jeżeli moja babka za życia zdążyła mnie czegoś nauczyć, to tego, żeby im nie odpowiadać, bo bez względu na to, co bym powiedziała, najprawdopodobniej zostałoby to obrócone przeciwko mnie. Dlatego spuściłam głowę i ręką naciągnęłam na oczy daszek czapki, żeby przypadkiem z nikim nie złapać kontaktu wzrokowego, a Ramos chwycił mnie mocno za ramię i poprowadził w stronę swojego auta. 
Wypis dostałam dopiero nazajutrz rano, ponieważ lekarz, który się mną zajmował, postanowił zatrzymać mnie na obserwacji. Na szczęście nic poważnego mi nie groziło; doktor przepisał mi antybiotyk na ból gardła i witaminy na odporność oraz kazał o siebie dbać. Tej ostatniej prośby niestety spełnić nie mogłam, bo po rewelacjach, które zaserwowała mi Nagore, byłam wręcz przekonana, że kolejne dni nie będą należeć do najprzyjemniejszych i, przede wszystkim, najłatwiejszych. 
Po obchodzie, kiedy ponownie zostałam sam na sam z Nagore i Ramosem, do tej pierwszej zadzwonił Xabi. Zdążył dowiedzieć się o tych nieszczęsnych zdjęciach i zamierzał niezwłocznie wydać publiczne oświadczenie, dlatego musiała sobie pójść, żeby mu towarzyszyć i zachować pozory. W ogóle nie łudziłam się, że ten skandal mógł zniszczyć ich związek; przetrwali przecież znacznie gorsze rzeczy i zapewne to była jedynie drobna przeszkoda na drodze do ich szczęśliwego zakończenia. 
— Ty tak na poważnie? — odezwał się Sergio z pretensją, gdy cisza między nami zaczynała stawać się niewygodna, ale chyba wolałam, jak milczał. — Jesteś w Madrycie jakieś, nie wiem, pięć minut, i już poleciałaś do Alonsa?
— Nie myślałam, dobra? — warknęłam na swoją obronę i nie kłamałam, bo tak właśnie było. — Po prostu nie pomyślałam. Ty ze wszystkich ludzi na świecie powinieneś wiedzieć, jak to jest. 
— Owszem, wiem — przytaknął i wsadził ręce do kieszeni białych spodni, które miał na sobie, a potem zaczął chodzić po sali. — Wiem, jak to jest, kiedy możesz coś mieć na wyciągnięcie ręki, ale szukasz wymówki, żeby odejść, a kiedy staje się to dla ciebie niedostępne, zaczynasz żałować swojej decyzji. 
— Wcale nie…
— Oj, Carter, kogo chcesz oszukać: siebie czy mnie? — Ramos wzniósł oczy ku niebu. Czy tam sufitu. — Alonso jest nieosiągalny, to ty nagle dostajesz oświecenia, że to miłość twojego życia, a jak mogłaś go mieć, to nawiałaś. Nie dociera do ciebie, że on może sobie wszystko zrujnować tymi przeklętymi zdjęciami, czy na to właśnie liczysz? Gdy jego kariera, reputacja i rodzina pójdą na dno, to będziesz pierwsza w kolejce, żeby go pocieszyć, ale jak tylko zacznie chcieć od ciebie czegoś poważniejszego, to znowu zwiejesz, bo stwierdzisz, że jednak osiągalny nie jest dla ciebie taki atrakcyjny? 
Zacisnęłam zęby, żeby się ze złości nie rozpłakać. Ramos często nie myślał o jakichkolwiek konsekwencjach, ale najgorsze, co nam się przydarzyło, to aresztowanie. Kiedy ja zachowywałam się bezmyślnie, to mnie i Xabiego musiał nakryć jakiś świrnięty paparazzi w ciemnej uliczce, w której — jak Boga kocham — naprawdę było trudno cokolwiek dostrzec przez tę okropną ulewę, i zrobił nam zdjęcia, które na drugi dzień obiegły internet. I które zobaczył cały świat.
Byłam świadoma tego, że Real Madryt był obecnie najpopularniejszą drużyną piłkarską na Ziemi. Nic więc dziwnego nie było w tym, że jej piłkarze stawali się w pewnym stopniu celebrytami, którym dziennikarze bez przerwy deptali po piętach. Byli podatni na skandale, a wszelki brud, który nazbierał się im za paznokciami, często był wykorzystywany przeciwko nim. I chociaż dwa lata temu moja obecność w ich życiu nikogo aż tak nie szokowała, bo obaj byli samotni, to teraz szkodziła, jak nigdy wcześniej. 
Dlaczego ja w ogóle posłuchałam Cristiano i poszłam na ten kretyński brunch? Gdybym się dłużej zastanowiła, to wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Zamiast leżeć w szpitalnym łóżku i wysłuchiwać pretensji Ramosa, mogłabym już siedzieć w samolocie i wracać do Anglii. 
Jakoś nie potrafiłam pomyśleć o powrocie do domu. Bo, czy mi się to podobało czy nie, moja podświadomość doskonale wiedziała, że Londyn nie był domem. 
— Za to ty ciągle zarzucasz mi, że kochanie Xabiego to błąd — odgryzłam mu się, mimo że połowa z tego, co powiedział, nie była nawet prawdą. Uznałam to jednak za lepszy pomysł niż przemilczenie jego słów. 
— Bo to jest BŁĄD! — krzyknął tak głośno, akcentując ostatni wyraz, aż się wzdrygnęłam. 
Sergio stanął w nogach mojego łóżka i oparł się o balustradę rękami, które uprzednio wyciągnął z kieszeni. W dodatku patrzył na mnie z taką intensywną wrogością, że zaczynałam żałować, że w tamtym momencie podłoga się pode mną nie zapadła i nie wciągnęła mnie żadna czarna dziura. 
— Jak ty w ogóle mogłaś się w nim zakochać, skoro on bez przerwy cię od siebie odpychał? — spytał z niedowierzaniem, choć dużo ciszej. — A teraz nawet nie próbuje o ciebie walczyć, bo woli tkwić w tym parszywym związku z Nagore, jak kompletna ofiara losu. Gdyby on cię tak kochał, jak ci się wydaje, to by rzucił dla ciebie wszystko, a już na pewno nie tłumaczyłby się z tego przed resztą świata. 
— Sergio, to ja odeszłam, pamiętasz? — przypomniałam mu, o dziwo, spokojnie. — Xabi postępuje właściwie. Chyba byłby idiotą, jakby zrobił tak, jak mówisz. 
Naszą rozmowę przerwał telefon. To do Ramosa ktoś próbował się dodzwonić. 
— Ech, to Pilar — mruknął z niesmakiem bardziej do siebie niż do mnie, i spojrzał na mnie przepraszająco. — Wybacz, ale muszę iść. Odbiorę cię z samego rana i może uda mi się wpaść jeszcze wieczorem, chociaż niczego ci nie obiecuję. 
— Nie musisz… — nie dokończyłam, bo machnął na mnie ręką, żeby mnie uciszyć i wyszedł z mojej sali tak szybko, jakby ktoś go gonił.  
Gardziłam sobą o wiele bardziej, kiedy Ramos zachowywał się w stosunku do mnie w taki sposób. Mimo że przedwczoraj był praktycznie przekonany, że wyjazd z Madrytu to najlepsze, co mogłam dla niego zrobić, dzisiaj to było już bez znaczenia, bo znowu był gotowy rzucić dla mnie wszystko. Chociaż dwa lata temu tak strasznie go zraniłam, najpierw wybierając Xabiego, a następnie odchodząc i nie dając znaku życia, to wystarczyło mu, żebym na chwilę niespodziewanie wtargnęła do jego świata, i cała reszta była nieistotna. Najważniejsze, że się pojawiłam, czym starał się nacieszyć, jakby na wszelki wypadek, gdybym znienacka zniknęła. 
Nie zaprzeczałam, że nie ulokował źle swoich uczuć, bo byłam chyba najgorszą opcją z możliwych. Tyle że nie mogłam nikogo oszukiwać a zwłaszcza jego, że przez ten czas tak całkowicie na niego zobojętniałam, bo to byłoby kłamstwo, o czym przekonałam się kilka godzin wcześniej. Ale za bardzo go skrzywdziłam, żeby zasługiwać na cokolwiek dobrego z jego strony, lecz zdawało się, że jego to nie obchodziło. 
Żeby odrzucić od siebie te męczeńskie myśli, skupiłam się na regeneracji i pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, to nie tknęłam szpitalnego śniadania, na którego widok zrobiło mi się niedobrze. Do zjedzenia zostały mi tylko babeczki, które przyniósł mi Sergio, bo ciasto Nagore wyrzuciłam do śmieci — w ogóle nie byłam pewna, czy to nie była próba otrucia mnie za całowanie się z Xabim i nie chciałam się o tym przekonywać.
Później nabrałam sił, żeby stanąć na równe nogi i przejrzeć się w lustrze, aby zobaczyć na własne oczy, jak żałośnie wyglądałam, i przy okazji doprowadzić się do porządku. Czarną torbę, leżącą na podłodze, do której Troy spakował mi najpotrzebniejsze rzeczy, jak kosmetyki, ręczniki i ubrania, złapałam w drodze do łazienki, ciągnąc za sobą stojak z kroplówką.
Łazienka, podobnie jak sala, dokuczała tą pospolitą bielą i nie powalała przestronnością, ale zignorowałam to i postawiłam torbę na spuszczonej desce. Gdy ustawiłam się przed lustrem i spojrzałam na swoje odbicie, musiałam szczerze przyznać przed samą sobą, że Ramos trafił w dziesiątkę mówiąc, że przypominałam trupa.  
Nie dość, że byłam strasznie blada, miałam popękane usta i podkrążone oczy, to na dodatek moje włosy sterczały na wszelkie możliwe strony oraz były suche jak siano. Cały czas uważając na kroplówkę, odkręciłam pod prysznicem ciepłą wodę i umyłam je szamponem, a potem nałożyłam na nie odżywkę. Troy nie przyniósł mi suszarki, więc musiałam zawiązać je w turban zrobiony z ręcznika, aby jak najszybciej wyschły i w międzyczasie nawilżyłam twarz kremem.
Przez kroplówkę nie posiadałam zbyt dużego pola do manewru, ale to nie powstrzymało mnie przed ściągnięciem szpitalnej piżamy. Zawiesiłam ją na wieszaku na drzwiach i weszłam pod prysznic. Kiedy tak stałam pod strumieniem letniej wody i wcierałam w siebie żel, odnosiłam wrażenie, jakby te wszystkie zmartwienia ze mnie ulatywały, ale nie trwało to wiecznie; właściwie tylko do momentu, w którym wytarłam całe ciało ręcznikiem, posmarowałam się balsamem i założyłam czystą bieliznę, szare spodnie od dresu i czarny podkoszulek. Na końcu przejrzałam się w lustrze i powoli na nowo zaczynałam prezentować się jak człowiek. 
Wprawdzie nadal czekałam, aż włosy mi wyschną, dlatego położyłam torbę na podłodze, uprzednio wyciągając z niej wyłączony telefon, który podłączyłam do ładowania i usiadłam na toalecie. Zamierzałam znaleźć w wyszukiwarce zdjęcia, o które było tyle szumu a których jeszcze nie miałam nawet szansy obejrzeć. 
Wpisałam parę kluczowych słów i wyskoczyło mi tysiące wyników — strony hiszpańskie i angielskie. Wybrałam jedną z pierwszych, tę z nagłówkiem: To ONA rozbije rodzinę Xabiego Alonsa?, i znalazłam tam krótki artykuł o tym, jak to Xabi i Nagore przezwyciężyli swój kryzys wraz z narodzinami trzeciego dziecka, a mnie nazwali jego „chwilowym kaprysem”. Tuż pod tym dodano masę zdjęć.
Fotograf albo posiadał naprawdę fatalny sprzęt albo pozycję, z której je nam zrobił. Były w okropnej jakości i potrzebowałam zmrużyć oczy, żeby cokolwiek na nich zobaczyć; deszcz padał tak mocno, że na większości z nich przypominaliśmy dwie ciemne plamy. Dopiero na tych, na których straciłam przytomność i Xabi wziął mnie na ręce, i przy odpowiednim zbliżeniu, można się było w ogóle zorientować, że to faktycznie byliśmy my. 
Spokoju nie dawała mi ta dziwna myśl, że to było wręcz niemożliwe, żeby w tej uliczce znalazł się jakiś paparazzi, i dlatego wydało mi się to takie podejrzane. Przecież nikt nie mógł być na tyle zdesperowany, żeby w taką paskudną pogodę wybrać się na śledzenie pomocnika Realu Madryt i cyknąć mu parę fotek. Nawet jeśli wiele na tym zyskał, co było oczywiste, sądząc po tym, jak ogromny skandal wywołał, to kto normalny poszedłby w burzę z nadzieją, że trafi na taki smaczek?
Najpewniej ktoś, kto posiadał w tym swój ukryty, głębszy motyw. 
Cofnęłam wyniki wyszukiwania, wyrzucając z głowy teorie spiskowe, i zjechałam na dół, żeby pobieżnie zorientować się, co jeszcze powypisywano na nasz temat, kiedy natrafiłam na stronę o Realu Madryt, gdzie znajdowało się oświadczenie Xabiego. Przepraszał swoją żonę (nie wiedziałam, że zdążyli odnowić przysięgę małżeńską…), rodzinę oraz drużynę za to, że zawiódł i zapewniał, że to zwykłe nieporozumienie, które, miał przynajmniej taką nadzieję, szybko rozejdzie się po kościach. Wspomniał coś o sprostowaniu i że nic go nie łączy z „domniemaną Carter Harvelle”.
Poczułam się tak, jakby właśnie dał mi w twarz. Z jednej strony rozumiałam jego postępowanie, ale z drugiej musiał być bardzo naiwny, jeżeli sądził, że ktoś mu w ogóle uwierzył; te zdjęcia mówiły same za siebie. Nikt nikogo by tak nie całował, gdyby nic go z tą osobą nie łączyło. Ale może to były jedynie moje osobiste odczucia, bo w końcu tylko ja i Xabi wiedzieliśmy, jaki ten pocałunek właściwie był. A ja nadal uważałam, że był najlepszy i wart tej całej afery.
Reszta dnia upłynęła mi w miarę spokojnie, kiedy wyłączyłam telefon, a podczas oglądania telewizji unikałam jakichkolwiek wiadomości, pomijając grupę pielęgniarek, które zerkały co jakiś czas w moją stronę i szeptały do siebie. Odetchnęłam z ulgą, że nie wytykały mnie palcami, bo dzięki temu mogłam udawać, że ich nie widziałam.
Sergio przyjechał wczesnym rankiem i kazał mi się szybko ubierać. Pod nosem mruczał coś o stadzie dziennikarzy przed szpitalem, ale mówił zdecydowanie za szybko, a że nie używałam hiszpańskiego przez przeszło dwa lata, to nie za bardzo potrafiłam zrozumieć jego bełkot i zwyczajnie go ignorowałam. W pośpiechu przebrałam się w dżinsy, beżową koszulę i sportowe buty, a Ramos założył mi na głowę czapkę z daszkiem z logiem Realu. Kiedy już się uspokoił, a ja byłam gotowa do wyjścia, przeprosił mnie, że nie zdołał mnie wieczorem odwiedzić. Najwyraźniej nie układało mu się z Pilar.
W recepcji, gdy podpisywałam swój wypis i odbierałam receptę, pielęgniarka krzywo patrzyła to na mnie, to na Ramosa, który niecierpliwie pukał palcem o kontuar. Nie byłam do końca pewna, czy to dlatego, że całowałam się z żonatym mężczyzną, czy dlatego, że towarzyszył mi Sergio, który przecież nadal pozostawał chłopakiem tej całej Pilar. Często zapominałam o jej istnieniu, bo nigdy nic o niej nie mówił. Dopiero przy windzie żołądek podszedł mi do gardła i chciałam zwymiotować, gdyż obawiałam się tego, co czekało na mnie na zewnątrz.
Ramos zareagował w mgnieniu oka. Jedną ręką ściskając mnie za ramię a w drugiej trzymając moją torbę, przedzierał się między dziennikarzami z mikrofonami i kamerami, jak jakiś profesjonalny ochroniarz, żeby zaprowadzić mnie do swojego czarnego samochodu z przyciemnianymi szybami, które chroniły nas przed blaskiem fleszy. Sergio rzucił mój bagaż na tylne siedzenie i gdy upewnił się, że zapięłam pasy, nacisnął gaz i wyjechał ze szpitalnego parkingu. Im bardziej oddalaliśmy się od tego zamieszania, tym byłam spokojniejsza, zwłaszcza że Madryt nie wybudził się jeszcze ze snu. 
— Te gnoje nie mają żadnej przyzwoitości — mruknął, kiedy zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle i spojrzał na mnie, marszcząc czoło. — Na pewno dobrze się czujesz? Wyglądasz trochę tak, jakbyś połykała własnego pawia. 
— Skąd wiesz, że nie będą nas śledzić? — zapytałam z paniką w głosie. — Że nie będą czekać pod twoim domem? Że nie zaczną wymyślać głupot na nasz temat? 
— Carter, nie wiem — uspokoił mnie i znowu przyspieszył, kiedy światło zmieniło się na zielone. — Wiem tylko, że nie wyobrażam sobie zostawić cię na pastwę losu. Obiecuję, że przy mnie krzywda ci się nie stanie.  
To była już druga obietnica, którą mi złożył. Pierwszej dotrzymał, więc nie miałam żadnych podstaw, aby sądzić, że z tą będzie inaczej. Poza tym podobała mi się jego pewność siebie i opiekuńczość, co wywoływało w moim brzuchu ukłucie, kiedy myślałam o nim w taki sposób. Wierzyłam mu w ciemno.
— Zawieziesz mnie do Evelyn? — zapytałam, gdy mknęliśmy przez ulice Madrytu. Wyjeżdżając tak wcześniej, uniknęliśmy korków, a na drodze panował spokój. Dzięki temu nie trzęsłam się w środku jak galareta. — Troy sprzedał dom i muszę zabrać resztę swoich rzeczy. 
— Rozmawiałaś z nim? — zapytał i pokiwał głową w odpowiedzi na moje pytanie.
— Nie — zacisnęłam usta w cienką linię i odwróciłam wzrok. — Wątpię, że kiedykolwiek to nastąpi. Okropnie traktuję ludzi, to trzeba mi przyznać. 
— Szczerość nie zawsze jest miła, ale doceni ją — pocieszył mnie. — Prędzej czy później.
Czułam się jeszcze bardziej paskudnie, gdy myślałam, że to, czy Troy jeszcze będzie moim przyjacielem czy to już koniec, nie było największym zmartwieniem, z którym musiałam się borykać. Znacznie przejmowałam się bandą dziennikarzy, a już zwłaszcza tym, że ja i Xabi dostaliśmy kolejny znak, który mówił nam o tym, że nigdy nie powinniśmy być razem. 
— A ty rozmawiałeś z Xabim? — zapytałam, niby od niechcenia, ale cisnęło mi się to na usta, odkąd opuściliśmy szpital. 
— Próbowałem — odparł, nie odrywając wzroku od drogi. — Ale gadać do niego to jak do ściany. Spytałem, co on wyprawia, ale zbył mnie jakimś fatalnym tekstem, że mam się nie wtrącać… Daj spokój, Carter. To ta żmija robi mu pranie mózgu. 
Automatycznie przypomniałam sobie, z jaką oschłością się wczoraj potraktowali, oprócz tego krótkiego momentu, kiedy pokazywała mu zdjęcia moje i Xabiego. Ciekawość wzięła nade mną górę. 
— Co się tak właściwie stało między tobą a Nagore? Gdy mieszkała w Anglii, robiłeś za jej oczy i uszy w Madrycie, a teraz zachowujesz się, jakby ci kota przejechała. 
— Popełniłem kolosalny błąd, okej? — skwitował wkurzonym tonem. — Tak mi na tobie zależało, że zapomniałem, że Alonso to mój najlepszy przyjaciel. Mogłem sobie ciebie odpuścić, bo nie pomyślałem, że jeżeli Nagore między wami namiesza, to potem znowu owinie go sobie wokół palca i on na tym ucierpi. Mu się wydaje, że ona przeszła wielką, duchową zmianę; to całe gadanie, jak to są ze sobą szczerzy, że kochają siebie i swoje dzieci… — wzdrygnął się. — Mam swoją teorię, co do niej, ale nic nie powiem, dopóki nie będę stuprocentowo pewny, że chcę zniszczyć ten związek. Cóż, o ile ty nie zrobisz tego pierwsza.
Rzucił na mnie wzrokiem przez ułamek sekundy, a ja zmarszczyłam czoło. Jego słowa wydały mi się za bardzo tajemnicze i, prawdę powiedziawszy, nie za bardzo chciałam na niego naciskać, aby odkryć, co się za nimi kryło. Poza tym, nie zamierzałam mu mówić, że planowałam wyjechać z Madrytu, dlatego zmieniłam temat. 
— Czy Pilar nie przeszkadza, że się tak o mnie troszczysz? — spytałam. Dopuszczałam do siebie możliwość, że to moja wyobraźnia mogła płatać mi figle, ale zdawało mi się, że zmarkotniał, gdy to zrobiłam. 
— Pilar i ja… — zawahał się na moment. — Można by powiedzieć, że zrobiliśmy sobie przerwę od siebie. Jasne, Sergio Junior jest najważniejszy, ale ostatnio za bardzo się ze sobą męczyliśmy, a ja nie jestem Alonsem, żeby żyć w nieszczęśliwym związku. Nie zrozum mnie źle, strasznie kocham mojego syna, ale sądzę, że tak, jak ja chcę jego szczęścia, on również chce mojego.
— Przykro mi — szepnęłam i dotknęłam jego ręki, którą trzymał na skrzyni biegów. Mówiłam szczerze. — Ale przyznam, że trochę dziwnie jest mi oglądać cię w takiej dojrzałej roli. Zawsze byłeś beztroski.
— Spróbowałem się dla ciebie zmienić, ale było już za późno, więc starałem się pozostać takim dla Pilar — powiedział, a gdy po raz kolejny stanęliśmy na światłach, zbliżając się do posiadłości Evelyn, popatrzył na mnie i uśmiechnął się, chociaż jego oczy były smutne. — Żałuję, że są rzeczy, które nas poróżniły, zwłaszcza teraz, gdy mamy dziecko, ale może faktycznie potrzebujemy oddechu.
Resztę drogi przebyliśmy w totalnej ciszy, słuchając smętnych piosenek z radia, idealnie pasujących do sytuacji, w której się wtedy znajdowałam. 
Im bliżej byliśmy domu mojej zmarłej babki, tym coraz większą gulę czułam w gardle i ponownie zebrało mi się na wymioty. Kamień spadł mi z serca, kiedy zobaczyłam, że na podjeździe stał tylko jeden samochód — notariusza w podeszłym wieku, z którym podpisałam ostatnie dokumenty i któremu oddałam klucze. Przez cały ten czas patrzył na mnie ze współczuciem, a nawet złożył mi kondolencje z powodu śmierci Evelyn, na co odetchnęłam z ulgą; najwyraźniej byli jeszcze ludzie, którzy nie kojarzyli mnie ze zdjęć, na których całowałam się z Xabim. 
Ramos spakował resztę moich bagaży do bagażnika, a ja podziękowałam notariuszowi za tę krótką współpracę i, nie oglądając się za siebie, wróciłam do Sergia ze złotą urną w rękach, z trudem powstrzymując łzy, które napłynęły mi do oczu. Prawdą było, że nie spędziłam w tym domu zbyt wiele czasu, to jednak właśnie w nim działy się tak ważne dla mnie rzeczy. Jak noc, kiedy ja i Xabi zdecydowaliśmy się zostać parą. Albo wieczór, kiedy Ramos wyznał mi miłość.
Czułam się przybita i jednocześnie zaskoczona tym uczuciem, bo nie sądziłam, że sprzedaż tego domu będzie dla mnie tak emocjonalna. Najwyraźniej było to po mnie widać, bo Sergio, opierający się biodrem o bagażnik i z założonymi rękami na piersi, zmarszczył czoło i zażartował:
— Trochę mnie przeraża widok złotej urny z prochami Evelyn. 
Kiedy dowiedziałam się o śmierci mojej babki, wracałam do Madrytu z przekonaniem, że wystarczyło sprzedać jej dom, aby móc zakończyć tę niedługą przygodę z Hiszpanią i wreszcie ruszyć do przodu. 
Ale teraz nie byłam już niczego pewna.