7 września 2014

7. Długa droga w dół

Dlaczego ten przeklęty deszcz nie przestawał padać? 
Skrzywiłam się. Krople wody, które spadały wprost na moje czoło i policzki, były strasznie zimne. Do tego wszędzie było ciemno i nigdzie nie widziałam Xabiego, a miałam ochotę skrzyczeć go za to, że nie schronił mnie przed deszczem i pozwolił, żebym nadal mokła. Dopiero kiedy podniosłam ręce, żeby palcami przetrzeć oczy, uzmysłowiłam sobie, że przez ten cały czas były one zamknięte, dlatego nic nie mogłam zobaczyć, i natychmiast je otworzyłam. 
Na krótką chwilę oślepiła mnie przeraźliwa jasność. Zmrużyłam oczy, żeby chociaż zorientować się, gdzie się znajdowałam; rozejrzałam się i okazało się, że leżałam w szpitalu. Przy moim łóżku siedział Troy i trzymał w dłoni szary, plastikowy kubek z wodą. To, co kapało na moją twarz, nie było kropelkami deszczu — to on mnie chlapał, żebym się obudziła. 
Co za idiota. 
— Zadziałało! — zawołał Troy z triumfem, gdy zobaczył, że otworzyłam oczy, i wytarł mokrą rękę o dżinsy. Brzmiał, jakby był z siebie nad wyraz zadowolony. — Carter, wiesz, ile spałaś? Dziewiętnaście godzin. Już się bałem, że w śpiączkę zapadłaś. 
— Pić — poprosiłam.
Mój głos był ochrypnięty, nie wspominając o bólu gardła, który dawał o sobie znać za każdym razem, kiedy próbowałam coś powiedzieć. Troy podał mi kubek z wodą, który trzymał, a ja wyciągnęłam po niego rękę i właśnie wtedy zauważyłam, że byłam podłączona do kroplówki.
— Co się stało? 
— Ześwirowałaś — wyjaśnił, wzruszając nonszalancko ramionami. Wziął dzbanek z wodą, który stał na szafce obok łóżka, żeby mi dolać, bo piłam z prędkością światła. — Wybiegłaś z restauracji, a przecież nic nie zjadłaś, i wtedy Ramos pokrótce wytłumaczył nam, co zaszło między wami. Według mnie to było totalnie wredne i chociaż powiedział, że wcale nie miał tego na myśli, to zachował się trochę tak, jakby cię w ogóle nie znał. Co on, jak sądził, że zareagujesz? Wydawało mu się, że się uśmiechniesz od ucha do ucha i w podskokach pójdziesz zamówić bilet na samolot?
— Do rzeczy — ponagliłam go.
Może faktycznie zbyt długo spałam, a może to była wina kroplówki, bo zupełnie nie czułam się wypoczęta ani nie ogarniałam na tyle, by wdawać się z Troy’em w dyskusję na temat tego, co się wydarzyło. Wolałam, żeby oszczędził sobie komentarze i od razu przeszedł do sedna. 
— Ktoś musiał za tobą pójść, to oczywiste — ciągnął, choć słyszałam po tonie jego głosu, że poczuł się urażony, że go tak pospieszałam i nie chciałam nawet wysłuchać, co on o tym wszystkim myślał. — Prawie przesądziliśmy, że ja to zrobię, ale wtedy Ramos dosłownie na minutę poszedł do toalety, i Alonso wyszedł bez słowa. Padało coraz mocniej, później zaczęło grzmieć, a was nadal nie było. Ronaldo zażartował, że zapewne nadrabiacie zaległości, jeśli wiesz, o co mi chodzi, i Ramos rzucił w niego babeczką. Wiem, co ci powiedział, ale po nim widać, że nie przestał cię kochać i, dobra, miałem nie komentować, ale według mnie kazał ci wyjechać, bo wiedział, że jeżeli zostaniesz to znowu wszystko będzie się kręcić wokół Alonsa. Co więcej, rozmawialiśmy o tym i niedługo potem Alonso wniósł cię na rękach do restauracji, bo straciłaś przytomność. 
— A dalej? — zapytałam, gdy niespodziewanie zamilkł. Troy zmarszczył czoło, kiedy dolewał mi wody do kubka. 
— Marcelo zadzwonił po karetkę. Chciałem jechać z tobą, ale Alonso powiedział sanitariuszom, że jest twoim kuzynem, a przynajmniej tak zrozumiałem, bo mój hiszpański jest do bani, i oni to kupili. Barany! — pokręcił z niedowierzaniem głową. — Kiedy reszta z nas dojechała do szpitala, byłaś już na badaniach. Potem czekaliśmy, aż się obudzisz, ale robiło się coraz później i Ronaldo zaproponował, że mnie odwiezie. Alonso i Ramos z tobą zostali, tyle że kiedy niedawno wróciłem, to Alonso siedział sam i wymieniłem go, żeby mógł wrócić do domu i się ogarnąć, bo czuwał przy tobie całą noc. Po południu powinien przyjechać. 
Dzbanek był już pusty, więc Troy wstał z krzesła, żeby pójść do łazienki i nalać do niego wody. Postawiłam kubek na szafce i wykorzystałam tę okazję, aby dokładniej przyjrzeć się szpitalnej sali, podpierając się łokciami, żeby lepiej wszystko widzieć. 
Poczułam się trochę jak w domu Evelyn przez tę wszechobecną biel, ale poza tym nie było tam zbyt dużej przestrzeni. Jakiś metr od odsłoniętego okna, przez które promienie słoneczne wpadały do środka, stało moje łóżko, obok niego szafka i krzesło, a od strony wyjścia kroplówka i monitor kontrolujący moje funkcje życiowe. Tyle, ile nauczyły mnie seriale medyczne, wystarczyło mi, żebym mogła stwierdzić, że mój stan był w porządku. Oprócz tego na ścianie wisiał wyłączony telewizor, tuż przy brązowych drzwiach łazienki, w której zniknął Troy.
Po mojej prawej stronie znajdowały się przesuwane szklane drzwi, przez które mogłam oglądać, co działo się na szpitalnym korytarzu, ale akurat wtedy niezbyt wiele. Zegar na ścianie wskazywał ósmą rano. 
Czułam się dziwnie, bo to wszystko wydawało mi się za spokojne. Taka cisza przed burzą.
— Czy nie powinieneś poinformować lekarza, że się obudziłam? — zapytałam głośno i odkaszlnęłam. — Przydałoby mi się coś na ból gardła. 
— Obchód zaczyna się za godzinę — odpowiedział Troy, wychodząc z łazienki i postawił dzbanek na szafce, bo już nie chciałam pić. Gdy z powrotem usiadł na krześle, złapał mnie za rękę i uśmiechnął się do mnie. Widziałam po jego oczach, że nieźle się o mnie zamartwiał. — Rozmawiałem z nim ze trzy razy i powiedział, że jeżeli się obudzisz, to dobrze. Nie muszę go niepokoić. Nie tak to sobie wyobrażałaś, nie?
— Jest chociaż przystojny? Bardziej przypomina Dereka Shepherda czy Jacksona Avery’ego?
Troy, śmiejąc się, pokręcił głową. Opadłam na poduszkę i spojrzałam na niego z ciekawością; wydawało mi się, że zaszła w nim jakaś znacząca zmiana. 
— Coś ty taki wesoły? 
— Po prostu się cieszę, że się obudziłaś. — Wyciągnął drugą rękę, żeby pogłaskać mnie po policzku. — Sporego stracha mi napędziłaś.
Mina mi zrzedła, kiedy Troy mówił do mnie takim troskliwym tonem. Powoli zaczynałam odtwarzać w głowie wczorajsze wydarzenia, zwłaszcza te, które miały miejsce między mną a Xabim. Czarna dziura następowała tuż po tym, jak przestaliśmy się całować, a kończyła w chwili, w której obudziłam się w szpitalu z okropnym bólem gardła.
Nie analizowałam, czy ten pocałunek cokolwiek znaczył, czy po prostu Xabi na moment się zapomniał, choć ja byłam wręcz przekonana, że wyraźnie dałam mu do zrozumienia, że był tym, kogo pragnęłam i że cała reszta zależała tylko od niego. Chodziło mi głównie o to, co powiedział na temat Troy’a — że wydał mu się porządnym gościem i że chciałby, żebym przynajmniej spróbowała być szczęśliwa, może właśnie z nim. Nie umiałam do końca pojąć, jak po tych wszystkich przykrościach, które mu wyrządziłam, nadal potrafił życzyć mi szczęścia a nawet w pewien sposób o mnie dbać i żałowałam, że ja nie zachowałam się tak samo w stosunku do Nagore. Że zwyczajnie nie mogłam zaakceptować faktów, że nie mieliśmy żadnych szans na zejście się, bo się spóźniłam i rodzina była dla niego za bardzo ważna, żeby ją dla mnie rozbijać.
Czasami rzeczywistość była do dupy.
Wiedziałam, że Xabi nie bez powodu pomyślał o Troy’u jak o kimś, z kim łączyło mnie coś więcej niż zwykła przyjaźń. Ramos wychwycił to od razu i pewnie dlatego ośmielił się skomentować, że Troy trzymał się mnie, bo już dawno temu zrobiłam mu nadzieję, którą i tak w końcu zdeptałabym jak robaka. Nie całkiem świadomie, bo szczerze wątpiłam, żeby zdążył się we mnie zakochać, ale popełniłam kilka błędów, które mógł odebrać inaczej niż oczekiwałam. 
A ja nie zamierzałam palnąć kolejnej pomyłki, jak to było z Ramosem, ponieważ to by mnie zbyt wiele kosztowało. Musiałam to więc zakończyć, właśnie teraz.
Bo te maślane oczy nie wróżyły żadnych pozytywnych rzeczy. 
— Troy, muszę powiedzieć ci coś ważnego — zaczęłam bardzo powoli.
Przysunął krzesło, żeby znaleźć się bliżej mnie, przy czym nie przestawał patrzeć na mnie tak ciepło, że aż serce mnie bolało, że planowałam to zaraz skończyć. Wzięłam głęboki oddech, bo wewnątrz trzęsłam się jak galareta i potrzebowałam się uspokoić. 
— Wspomniałeś wcześniej, że Ramos wciąż mnie kocha, ale nie chce, żebym zostawała w Madrycie, bo wie, że mnie chodzi o Xabiego i nie chce, żeby znowu było tak, jak kiedyś. Że będę go łudzić, że ja i on to coś, co może wyjść, a koniec końców i tak złamię mu serce. I wydaje mi się, że… z tobą robię dokładnie tak samo.
— Co masz na myśli? — Troy odruchowo się ode mnie odsunął. 
Przełknęłam ślinę. Zabolało. 
— Że nasza granica zanikła. — Nie miałam w sobie ani krzty odwagi, aby spojrzeć mu w oczy. — Nigdy na głos nie nazwałam cię swoim najlepszym przyjacielem, bo mnie doprowadzałeś do szału, ale zawsze tak o tobie myślałam. To rzeczy, które działy się między nami w Londynie i zresztą tutaj również, nie pozwalały mi cię tak nazywać. Wszyscy wokół patrzą na nas i myślą o nas jako parze, bo jesteśmy prawie że nierozłączni. Mimo że ja ciągle staram się zapomnieć o Xabim, to ty cierpliwie trwasz przy mnie, jakbyś wierzył, że w końcu zapomnę. Ale nawet jeśli to zrobię, to wątpię, czy coś między nami się zmieni. 
— Carter, nie opowiadaj bzdur — warknął, wyraźnie poirytowany moimi słowami. — Nigdy cię nie chciałem. Nie w ten sposób. 
— W porządku — przytaknęłam bardziej do swoich palców u rąk niż do niego. — Ale wczoraj przyczepiłeś się do mnie o durny makijaż i wcale nie w żartach. Spaliśmy w jednym łóżku, jak para, i wiem, że to ja jestem winna, bo to ja cię o to poprosiłam a nie powinnam była. Troy, nie możemy tego dłużej ciągnąć… cokolwiek to jest. 
— Bo co? Bo spędziłaś godzinę z Alonsem i świat przestał istnieć? — zakpił. To był taki jego mechanizm obronny. 
— Między mną a nim wszystko skończone. — Chociaż nie chciałam tego przyjąć do świadomości, to tak właśnie było. — Nie zostaję w Madrycie. Jak tylko wypiszą mnie ze szpitala, wyjadę gdzieś, jeszcze nie wiem gdzie, ale potrzebuję długich wakacji. Potrzebuję samotności, bo odkąd moi rodzice umarli, ciągle się ktoś przy mnie kręci, ciągle ktoś czegoś ode mnie chce. Boli mnie, że już nie możesz być moim przyjacielem, ale uznałam, że będziesz szczęśliwszy, jeśli sam wrócisz do Londynu i zaczniesz żyć po swojemu.
— Za kilka godzin spotykam się z kupcami domu twojej babki — powiedział Troy i wstał z krzesła, jakby zignorował to, co do niego mówiłam. — Dzisiaj podpisujemy akt własności. Jutro będziesz mogła zabrać resztę swoich rzeczy, a pojutrze to już oni będą oficjalnymi właścicielami. Ja, wedle twojego pieprzonego życzenia, wieczorem wsiadam w samolot i znikam. 
W połowie drogi do wyjścia, obrócił się na pięcie i choć wyglądał na porządnie wkurzonego, na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek, kiedy na pożegnanie rzucił:  
— Tobie zawsze się wydaje, że gdy odpychasz od siebie ludzi, to robisz to ze względu na nich. Ale tak naprawdę robisz to dla siebie, bo stają się dla ciebie niewygodni. Tkliwą gadkę serwujesz tylko po to, żeby uciszyć swoje cholerne sumienie. 
— Troy! — zawołałam do jego pleców, kiedy się odwrócił, ale nawet się za mną nie obejrzał i wyszedł. 
Nie dziwiłam mu się. Ja byłam paskudnym człowiekiem.
Nie chciałam płakać ani użalać się nad sobą, bo straciłam Troy’a, tak dobrego przyjaciela, tylko i wyłącznie przez swoją głupotę. Może Ramos faktycznie miał rację, może życie powinno kopnąć mnie z całej siły w tyłek i zostawić samą jak palec. 
Kiedy pomyślałam o Sergio, powędrowałam wzrokiem w stronę drzwi. Moja sala mieściła się tuż przy recepcji, więc widziałam innych pacjentów kręcących się po holu, a także pielęgniarki i pielęgniarzy. Gdzieniegdzie mignął mi lekarz w białym kitlu; niektórzy z nich zajmowali się papierkową robotą, a niektórzy pędzili do zupełnie innej części szpitala. Myślałam, że mi się przewidziało i aż zamrugałam kilka razy, kiedy wśród nich dostrzegłam wysoką sylwetkę Ramosa, zmierzającą prosto do mnie.
Ale to naprawdę był on. Przekonałam się o tym, gdy przesunął szklane drzwi, żeby wejść do środka i powitał mnie szerokim uśmiechem, którym kiedyś nieraz łapał mnie za serce. 
— Troy mi napisał, że się obudziłaś — powiedział na wstępie i pomachał ręką, w której trzymał różowe pudełko. — Przyniosłem ci babeczki z Celicioso. Zauważyłem, z jakim pożądaniem na nie wczoraj patrzyłaś i pomyślałem, że sprawię ci tym przyjemność.
Uśmiechnęłam się. Wciąż byłam osłabiona i doskwierał mi brak apetytu, mimo że prawie całą dobę nic nie jadłam, dlatego zapach babeczek nie zrobił na mnie zbyt wielkiego wrażenia. W przeciwieństwie do Ramosa, na którego widok szczerze się ucieszyłam. Jakbym już nie pamiętała, że jeszcze poprzedniego dnia kazał mi natychmiast wyjechać z Madrytu. 
— A tak à propos Troy’a — zagadnął, kiedy usiadł na krześle i położył pudełko na szafkę. — Minąłem go w wejściu do szpitala, ale nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem. Co mu zrobiłaś? 
— To, co powinnam była zrobić tobie lata temu — mruknęłam, wzruszając ramionami.
— Lubię myśleć, że tego nie zrobiłaś, bo jednak to, co do mnie czułaś, było prawdziwe — powiedział i mrugnął do mnie. 
Domyślił się, o czym mówiłam, więc zapewne dlatego się tak szczerzył. Poza tym nie mogłam nie zauważyć, że wyglądał prześwietnie; zapuszczenie brody mu służyło i ślicznie pachniał.
— Jak się czujesz? Przestraszyłem się nie na żarty, kiedy Alonso wniósł cię taką bezbronną na rękach do restauracji. 
Jego ręka powędrowała na moje ramię. Najpierw spojrzałam na nią, a dopiero potem na Ramosa, który miał minę, jakby sam się zdziwił, że to zrobił; jakby dotykanie mnie było czymś naturalnym. Ścisnął je lekko i ją zabrał, a ja cicho westchnęłam. 
— Osłabiona. Albo zmęczona — odparłam. — I gardło mnie boli.
— Niedługo przyjdzie lekarz to ci coś da — zapewnił Sergio, krzyżując ręce na brzegu łóżka, tuż przy moim udzie. — Jesteś taka blada, jak trup. Pielęgniarki zmyły ci makijaż, jak tylko cię przywieźli, wysuszyły też włosy i przebrały w tę szpitalną szmatę. Sam o to zadbałem, a Troy dzisiaj rano przyniósł ci najpotrzebniejsze rzeczy, więc jak poczujesz się trochę lepiej, będziesz mogła doprowadzić się do jakiegoś ładu. 
— Dzięki — powiedziałam z wdzięcznością i odważyłam się złapać go za rękę, za tę, którą miał na wierzchu.
Sergio popatrzył na moją dłoń, a kiedy przeniósł wzrok wprost na mnie, uśmiechnął się. 
— Czy to nie dziwne, że minęło tyle czasu, a między nami wciąż nie jest niezręcznie bez względu na to, co się zdarzy? — spytałam. 
— To dlatego, że nie umiesz się na mnie gniewać — zażartował, ale po chwili spoważniał. — I tak przepraszam, że wczoraj zrobiłem z siebie takiego palanta…
— Daj spokój, Sergio. Jeśli ktoś ma przepraszać, to tylko ja.
Ramos otwierał usta, żeby mi zaoponować, kiedy usłyszeliśmy przesuwanie drzwi od mojej sali i instynktownie spojrzeliśmy w tamtą stronę. Sergiowi wystarczyło podniesie głowy; ja zabrałam swoją dłoń, jakby jego zaczynała mnie parzyć, gdy zobaczyłam, kto przyszedł mnie odwiedzić.
Nagore.
Wcale nie miałam halucynacji i widziałam, że zdążyła przyuważyć, że trzymałam Ramosa za rękę i do tego zrobić wymowną minę. Serce podeszło mi do gardła.
— Xabi wyjaśnił mi, co się stało — powiedziała uprzejmie, bo ja byłam w za dużym szoku, żeby się słowem odezwać. — Pomyślałam, że cię odwiedzę i przywiozę szarlotkę, którą wczoraj upiekłam.
Zrobiło mi się gorąco. Kiedy ja całowałam się z jej mężem, ona piekła ciasto. Czy to też jej wyjaśnił
Ramos wstał z krzesła, żeby Nagore mogła na nim usiąść, ale nie poszedł sobie. Stanął w nogach łóżka i zaczął udawać, że czytał moją kartę, gdy w rzeczywistości kątem oka patrzył za (byłą?) żoną swojego najlepszego przyjaciela, kiedy ta szła na miejsce. 
Przyjrzałam się jej i przyznałam w myślach, że była jeszcze piękniejsza niż to zapamiętałam. Miała na sobie granatową marynarkę, a pod nią białą koszulę, jasne dżinsy i baleriny. Długie brązowe włosy opadały na jej ramiona, a lekki makijaż podkreślał to, co w jej twarzy było atutem i zakrywał to, co wadą. Nie przypominała Nagore z tamtych czasów; może to w głównej mierze dlatego, że ta obecna traktowała mnie z sympatią. 
Zapewne sztuczną, ale to nadal była sympatia.
Pudełko z ciastem postawiła na szafce obok babeczek, kiedy usiadła, i założyła nogę na nogę. Przełknęłam ślinę, dziękując w duchu Ramosowi, że ze mną został. Za nic w świecie nie zamierzałam go wypraszać, bo ponoć i minęły dwa lata, to wciąż nie czułam się z nią… bezpieczna.
— Pewnie wszyscy cię pytają, jak się czujesz. Mam rację? — zagadnęła, żeby zacząć rozmowę. 
 Nie przestawała się uśmiechać ani nie zwracała uwagi na to, że nie byłyśmy same. Przemknęło mi przez myśl, że coś złego się zadziało między nią a Ramosem, skoro nawet na niego nie spojrzała, a on nic nie powiedział, odkąd przyszła.
Ale uznałam, że później będzie czas, aby go o to zapytać.
— Powoli wracam do siebie — odparłam, siląc się na uprzejmy ton, chociaż cała ta sytuacja była co najmniej nietypowa.
— Carter, wiem, że w przeszłości zdarzały nam się nieporozumienia… — kiedy to powiedziała, Ramos prychnął. Rozbawił mnie tym, ale Nagore go zignorowała. — Chciałam cię przeprosić. Czasami Xabi dawał mi odczuć, że to przeze mnie wam nie wyszło.  
— Może to i dobrze, że nie wyszło — stwierdziłam i wzruszyłam ramionami. — W końcu jesteście teraz szczęśliwi; cała wasza rodzina jest.
— A ty? Jesteś szczęśliwa? 
— Żyję — popatrzeliśmy z Sergiem na siebie. — To chyba dobry powód do bycia szczęśliwą. 
Nagore pokiwała głową na znak, że zrozumiała. Sięgnęła do kieszeni spodni, żeby wyciągnąć telefon i zaczęła czegoś w nim szukać. Ramos przestał udawać zainteresowanego kartą pacjenta, bo skrzyżował ręce na piersi i przyglądał jej się, czekając na to, co kryło się pod tą powłoką uprzejmości. 
Wiedziałam, że zainteresowanie moim samopoczuciem nie było powodem jej niespodziewanej wizyty. 
— Paparazzi to prawdziwe świnie. — Nagore wciąż przesuwała palec po ekranie telefonu. — Kiedy cały świat zna twoje nazwisko, stają się twoim cieniem. Potrafią dojść do najbardziej prywatnej sytuacji i sfotografować ją na dowód; trzeba im przyznać, że czasem są lepsi od prywatnych detektywów.
O cholera.
— Gdy z Xabim zdecydowaliśmy się na terapię, żeby krok po kroku odbudowywać swój związek — ciągnęła — obiecaliśmy sobie szczerość. Powiedział mi, że jesteś w Madrycie, jak i to, że wczoraj się spotkaliście, i że całą noc spędził z tobą w szpitalu. Ale zapomniał o jednej rzeczy. 
— Nagore, mogę wyjaśnić… 
— Co tu się dzieje, do diabła? — Ramos w końcu zabrał głos, powoli tracąc cierpliwość. — Carter, jakiej jednej rzeczy? 
— Sam zobacz. — Nagore podała mu swój telefon. Nie musiałam się nawet domyślać, co właśnie mu pokazywała. — Niektóre nawyki trudno zmienić, prawda?
Widziałam, jak krew odpływała z twarzy Ramosa. Był blady, a z jego miny coraz trudniej było mi cokolwiek odczytać, bo z każdym kolejnym przesunięciem palca po ekranie, żeby zmienić zdjęcie, wyrażała tyle, co nic. Przy którejś fotografii uniósł brwi tak wysoko do góry, że nie zdziwiłabym się, gdyby za moment powiedział, że nie powinien być zaskoczony. 
Nagore za to wyglądała, jakby wygrywała. Nie wiadomo co, ale po raz kolejny odnosiła zwycięstwo. 
— Alonso je widział? — zapytał Ramos Nagore. Na mnie nie spojrzał. 
— Nie, ale to kwestia czasu. Obiegły już internet, więc jutro będą w gazetach. 
Chciałam zapaść się pod ziemię. Dochodziła dziewiąta rano, a ja, nie dość, że straciłam przyjaźń Troy’a, to w dodatku nazajutrz cały świat miał się dowiedzieć o tym, że całowałam się z Xabim w jakiejś ciemnej uliczce. Który paparazzi był tak zdesperowany, żeby robić nam tam zdjęcia? Liczył na wieczną sławę, nakrywając pomocnika Realu Madryt na zdradzie, czy co? 
Planowałam wytłumaczyć Nagore, że to nic nie znaczyło, ale nie pozwolił mi na to lekarz prowadzący, który wszedł do mojej sali z kilkoma stażystami. Był wysoki i opalony; miał ciemne oczy oraz przyjazny wyraz twarzy, a w kącikach oczu i ust pojawiały się zmarszczki, kiedy się uśmiechał. Skinął głową na moich gości, wziął kartę i podszedł do mnie, aby ścisnąć moje ramię. 
Kiedy się odezwał, jego głos był niski, ale przyjemny dla ucha. 
— Panno Harvelle, jak się dzisiaj czujemy? 
Lepiej, żeby doktor nie wiedział.