20 sierpnia 2014

6. Chcę gdzieś pójść i znaleźć cię tam

Walentynki 2013
Postawiłem, pustą już, butelkę po piwie na zimnych panelach, na których leżałem od kilku godzin i założyłem ręce za głowę, wpatrując się w sufit. To Carter odtworzyła na nim gwiazdozbiór Wielkiego Psa, który rozświetlał mój salon, kiedy nie zapaliłem światła, i który starałem się za każdym razem ignorować. Jakoś nigdy nie znalazłem w sobie motywacji, żeby spakować te wszystkie gwiazdy do pudełka i schować je na dnie szafy.
Zresztą, pozostałe rzeczy Carter nadal znajdowały się w dokładnie tym samym miejscu, w którym je zostawiła, gdy ostatnim razem tutaj była. Nie potrafiłem żadnej z nich dotknąć, przestawić lub wyrzucić, a kiedy w końcu próbowałem się za to zabrać, zaczynała mi dokuczać myśl, że właśnie nadeszła ta chwila, że wreszcie uporałem się z jej odejściem. Czułem, że było wręcz odwrotnie, dlatego ostatecznie kończyłem z piwem w jednej ręce a w drugiej z telefonem i wybranym jej numerem, choć nigdy do niej nie zadzwoniłem. Nie miałem odwagi, żeby zaryzykować ani pewności, czy w ogóle by odebrała, a jeśli tak, nie wiedziałem, co mógłbym powiedzieć.
Minęły dwa miesiące, odkąd wyjechała, i chociaż z dnia na dzień coraz łatwiej mi się żyło z jej odejściem, wcale nie przestawałem jej kochać. Czasami wydawało mi się, że kochałem nawet bardziej, bo bez niej czas płynął o wiele wolniej i mogłem się zatrzymać, aby po raz kolejny cofnąć się pamięcią do tego wszystkiego, co się między nami wydarzyło. Robiłem tak niemalże codziennie, wmawiając sobie, że to pomoże mi uporać się z jej nieobecnością, gdy bezsprzecznie dopuszczałem się tego, żeby trzymać się nadziei, że Carter kiedyś jednak do mnie wróci. Poniekąd sam myślałem, żeby wsiąść w samolot do Londynu i zawalczyć o nią, ale lekceważyłem ten pomysł, żeby się nie ziścił. 
To w Walentynki się poddałem; to tego dnia wszystko trafiło szlag. Dotarło do mnie, że to ja zawiniłem, że to z mojej winy spędzałem je w samotności. To ja się o nią nie postarałem; może i błagałem ją, żeby nie wyjeżdżała, ale przecież nie dałem jej ani jednego powodu do pozostania w Madrycie. 
Ramos był moim najlepszym przyjacielem od lat. Z każdym, kogo znało się tak długo, jak ja znałem jego, miewało się nieporozumienia, czy to mniejsze, czy większe, ale my jeszcze nigdy nie pokłóciliśmy się o dziewczynę. Nigdy nie doszliśmy do takiego miejsca w naszej przyjaźni, w którym nie byliśmy w stanie na siebie spojrzeć, a jakiekolwiek słowo, które padło albo z moich albo jego ust, nie budziło w nas żądzy mordu. Sam nie umiałem do końca powiedzieć, co takiego niezwykłego w niej było, że obaj ją pożądaliśmy; niewykluczone, że faktycznie potrzebowałem oderwania od ponurej rzeczywistości, w której moja własna żona mnie zdradzała, Ramos był świeżo po zerwaniu z tą Larą i musiał odreagować, a Carter się po prostu nawinęła i tak jakoś wyszło. 
Wiedziałem za to, że to nie ona wystawiła naszą wieloletnią przyjaźń na próbę, ponieważ to ja to zrobiłem. To ja zwlekałem z określeniem, co do niej naprawdę czułem, to ja pozwalałem, żeby się do mnie zbliżyła, a później ją odpychałem ze strachu, że im bliższa mi się stanie, tym bardziej będę podatniejszy na zranienie. Gdybym już na początku jasno postawił sprawę, że potrzebowałem jej w swoim życiu, nie wynikłyby nieporozumienia. Gdybym szczerze porozmawiał o tym z Ramosem, to zapewne by się wycofał albo spróbowalibyśmy zawalczyć o nią uczciwie i sprawiedliwie, zamiast rzucać sobie kłody pod nogi i się znienawidzić. Cholera, w życiu do głowy by mi nie przyszło, że będę nienawidzić Ramosa — faceta, za którym skoczyłbym w ogień. 
Na boisku nie było miejsca na strach. Tam myślało się krótko, a jeszcze szybciej działało, nie pozwalając na to, żeby obawy przed przegraną wzięły górę i zabroniły podejmowania ryzyka, które kończyło się albo słodkim zwycięstwem albo gorzką porażką. Gdy biegało się po murawie, liczyło się tylko to, aby dać z siebie więcej niż sto procent i nikogo nie zawieść. 
W życiu było trochę inaczej, a już zwłaszcza w moim, odkąd zdrada Nagore wyszła na jaw. Straciłem swoją pewność siebie, którą zastąpił strach przed kolejną klęską, kolejnym zawodem i złamanym sercem. Nie przeczyłem, że ufałem Carter, bo tak właśnie było, ale wraz z upływem czasu uświadamiałem sobie, że nie byłem gotowy na związek z nią, że moja niepewność działała na naszą niekorzyść. Obawiałem się, że jej uczucie do Ramosa okaże się silniejsze, że wystarczy chwila zapomnienia, aby wybrała jego. Dowodem tego było wesele Ikera i Sary — gdybym im nie przerwał, kto wie, jakby się to potoczyło i chociaż już wtedy zdążyłem ją stracić, nie mogłem pozwolić, żeby to zrobiła; sądziłem, że chroniłem ją przed popełnieniem wielkiego błędu…
Błędu, po którym jeszcze trudniej byłoby nam na nowo się odnaleźć. Błędu, po którym mogła zostać z Ramosem. 
Oboje byliśmy niepewni swoich uczuć, ale mogłem zrobić więcej. Gdybym tylko pokazał, że dla Nagore nie było już miejsca w moim sercu, że łączyły mnie z nią jedynie dzieci i że przestałem ją kochać na długo przed tym, jak pokochałem Carter, to może nie czułaby się taka zagubiona. Może Ramos nie mąciłby jej niepotrzebnie w głowie i miałaby powód, żeby mnie nie opuszczać, zamiast uciekać, zwłaszcza wtedy, kiedy pojawiały się trudności.
Zdawałem sobie sprawę, że nie było najmniejszego sensu w gdybaniu, co by było, gdybym przynajmniej jedną rzecz zrobił inaczej. Nadeszła pora, abym wreszcie ruszył naprzód, znowu zaczął żyć, bo przecież miałem dla kogo. Nie mogłem się poddawać dla swoich dzieci, które były dla mnie najważniejsze; musiałem skupić się na nich, w szczególności, że miłość zeszła na sam dół moich życiowych priorytetów.
Zamknąłem oczy, przytłoczony przykrymi myślami o Carter i zmęczony tym, że po raz kolejny pozwalałem, aby kobieta doprowadziła mnie do stanu żałosności, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Dźwięk wydał mi się tak głośny, że aż wymsknęło mi się przekleństwo pod nosem. 
Kto — w takim dniu — by się do mnie dobijał? Wszyscy, którzy przyszli mi do głowy, mieli plany: Iker spędzał wieczór z Sarą, Ramos poszedł na szóstą randkę z Pilar Rubio, którą poznał w Sylwestra, Ronaldo był z Iriną w Portugalii, a Arbeloa zabrał Carlotę na romantyczną kolację. Zapewne reszta drużyny także nie siedziała w samotności i ja jeden byłem wyjątkiem. 
A Carter z całą pewnością nie przyjechałaby do Madrytu. Na pewno nie. 
— Idę! — zawołałem, potykając się o stojące na podłodze puste butelki po piwie, kiedy niespodziewany gość zadzwonił po raz czwarty.
— Czemu tak siedzisz po ciemku? — zapytała Nagore i weszła do środka bez mojego zaproszenia, rozglądając się wokół, choć zapewne nic w tych ciemnościach nie była w stanie zobaczyć. Zamknąłem więc za nią drzwi i zapaliłem światło. 
Musiałem przyznać, że wyglądała bardzo ładnie i elegancko. Miała proste włosy, przełożone przez ramiona i zaczesane do tyłu, makijaż, który podkreślał kolor jej oczu i uwypuklał usta, a ubrana była w czarną sukienkę, schowaną pod płaszczem, która sięgała jej do kolan, oraz szpilki, przez które wydawała się wyższa. Od razu domyśliłem się, że wracała z walentynkowej randki. 
— Miałeś taki przygnębiony głos w wiadomościach, które mi nagrałeś na pocztę głosową — odparła, zanim zdążyłem zapytać, co tutaj w ogóle robiła. Szybko złapałem za podkoszulek, zawieszony przez oparcie sofy, i przełożyłem go przez głowę, nie chcąc przed nią stać półnagi. Nagore zmarszczyła czoło na widok bałaganu panującego w mieszkaniu i popatrzyła na mnie, wykrzywiając usta w lekkim uśmiechu. — Zdecydowałam się przyjechać, żeby sprawdzić, czy wszystko gra, czy rozpaczasz za tą małą bardziej niż zwykle. 
— Gdzie dzieci? — spytałem, ignorując jej słowa.
— Moi rodzice wzięli je na dzisiaj do siebie — powiedziała, ale zanim dodała resztę wytłumaczenia, zawahała się na moment, przygryzając dolną wargę. Nie musiała, nie czułem się dziwnie z faktem, że się z kimś spotykała. W zasadzie to mnie to nawet nie obchodziło. — Byłam na randce…
— I już się skończyła? — nie ukrywałem swojego zaskoczenia. Była ledwie co dziesiąta, a Nagore znałem nie od dziś i zazwyczaj o tej porze dopiero by się rozkręcała. 
— Ta, cóż, to był mój księgowy — wzruszyła ramionami. — Prosił mnie o tę randkę tak długo, że w końcu się zgodziłam dla świętego spokoju. I też trochę dlatego, że nie chciałam spędzać Walentynek w samotności. Ale okazał się strasznym nudziarzem to skłamałam, że rozbolała mnie głowa. 
Zaśmiałem się, w myślach współczując temu facetowi. Nagore również miała wesołą minę. 
Wskazałem jej ręką sofę, żeby się rozgościła, i schyliłem się po butelki, żeby wyrzucić je do kosza. Nie przejmowałem się zbytnio, co sobie mogła o mnie wtedy pomyśleć, ale chciałem chociaż trochę doprowadzić salon do porządku. Moja była żona ściągnęła płaszcz i położyła go na fotelu, a później usiadła na kanapie, zakładając nogę na nogę. 
— Napijesz się czegoś? — zaoferowałem, idąc w stronę kuchni. Może i moja lodówka świeciła pustkami, ale na pewno nie narzekałem na brak alkoholu. — Wina? Niedawno Pepe podarował mi butelkę z Portugalii, ale jeszcze nie otworzyłem. 
Pokręciła odmownie głową. Nie to nie. Wyrzuciłem puste butelki do śmietnika i wróciłem do salonu, żeby usiąść obok niej.
Kilka miesięcy temu wiele by to nas kosztowało, żeby nie rzucić się na siebie z pazurami, gdy przebywaliśmy ze sobą dłużej niż parę minut, ale ostatnio nasze stosunki znacząco się ociepliły. Nagore była moją przyjaciółką, zanim nawet zaczęliśmy być razem, i liczyłem, że będzie nią nadal po rozwodzie. Nie nienawidziłem jej, powiedziałbym raczej, że tolerowałem, no i wciąż była matką moich dzieci, których dobro było na pierwszym miejscu. To ze względu na nie starałem się o przyjazne z nią stosunki, żeby ani Jon ani Ane nie mieli aż tak fatalnej rodziny, w której ich rodzice chcą się pozabijać. 
Na szczęście zaczęła mi to umożliwiać. Najprawdopodobniej dlatego, że wiedziała, że między mną a Carter wszystko było skończone, ale zachowywała się bardziej ludzko, co doceniałem. W końcu ileż mielibyśmy się jeszcze ze sobą kłócić?
— Jest ci ciężej niż zwykle? — Nagore zapytała cicho, przerywając tę chwilową ciszę między nami. Przetarłem palcem skroń, patrząc w jakiś nic nie znaczący punkt na podłodze, i dopiero jej pytanie zmusiło mnie, żeby na nią spojrzeć. Uniosłem jedną brew w górę, nie do końca rozumiejąc, o co jej chodziło. — Mówię o Carter. Czy dzisiaj jest ci trudniej niż każdego innego dnia? 
— To tylko Walentynki. Głupie święto — odparłem, jakby mnie to nie obchodziło i jakbym przed jej przyjściem nie spadał w ciemną otchłań przykrych myśli. — Nic specjalnego. 
— Xabi, przestań. Znamy się tak wiele lat…
— Dlaczego się w ogóle tym interesujesz? — rzuciłem z pretensją. — Czy to nie ty przypadkiem byłaś zdeterminowana, żeby za wszelką cenę rozdzielić mnie z Carter?
— Zielonego pojęcia nie miałam, że jesteś w niej taki zakochany — broniła się, a ja prychnąłem. Skąd mogła to wiedzieć, skoro nigdy nie zapytała? Skoro nigdy nie poświęciła kilku minut, żeby dostrzec, że poza Carter świat dla mnie nie istniał? Na litość boską, ja dla niej zaniedbałem własną rodzinę, czego normalnie bym nie zrobił, gdyby to nie było nic poważnego. — Sądziłam, że to twój chwilowy kaprys albo że dopadł cię kryzys wieku średniego. 
— Nie, to nie był kaprys ani żaden kryzys. 
Nigdy wcześniej nie rozmawiałem z Nagore o Carter. Od kiedy moja była żona znowu zamieszkała w Madrycie, spotykaliśmy się częściej, ale ignorowałem wszelki temat, który nie dotyczył dzieci. Wspominałem, że zależało mi na przyjaznych stosunkach, utrzymanych w odpowiednim dystansie, ale przestawało, kiedy zachowywała się jak kompletna ignorantka w sprawie Carter. Nie wiedziałem, co próbowała tym osiągnąć, może po prostu starała się wyprowadzić mnie z równowagi.
Udawało jej się to za każdym razem. 
— Przepraszam. — Gdy powiedziała to słowo na głos, spojrzałem na nią, jakbym nie dosłyszał. Nagore spuściła głowę. — Za wszystko. Wiem, że to tyle, co nic, ale i tak przepraszam.
Zacisnąłem usta w cienką linię, czekając, aż cała wcześniejsza złość ze mnie uleci. Następnie zadałem pytanie, które chodziło mi po głowie od wielu tygodni, nawet się nad tym dwa razy nie zastanawiając.
— Wróciłabyś, gdyby ten twój kochanek nie okazał się oszustem?
Nagore z wielkim trudem przyszło, aby na mnie spojrzeć. Naszła mnie ochota, żeby roześmiać się na głos, kiedy jej oczy zaszkliły się łzami. Nie było to w ogóle empatyczne, bo bądź co bądź, wszyscy popełnialiśmy błędy, ale ja pomyślałem, że to karma wymierzała jej siarczysty policzek za zdradę i rozbicie naszej rodziny. 
— Żałowałam już w momencie, kiedy odchodziłam — wyznała. Słyszałem po jej głosie, że mówiła szczerze. — Byłam cholernie samolubna, nie pomyślałam o konsekwencjach. Zamiast zakończyć ten romans, zanim się na dobre zaczął, to w niego zabrnęłam, a kiedy się dowiedziałeś, to miałam nadzieję, że ja i Will stanowiliśmy jakąś przyszłość. Bo przecież ty nie walczyłeś o mnie, o naszą rodzinę, poddałeś się na wstępie.
— Nagore, nie bądź śmieszna — powiedziałem, nie wierząc własnym uszom. To ja miałem walczyć? To nie ja ją zdradziłem. — Po pierwsze, w ogóle nie powinnaś mnie była zdradzać. Jeśli byłaś taka nieszczęśliwa w naszym małżeństwie, to trzeba było mi powiedzieć, że chcesz rozwodu. Wtedy może bym o ciebie walczył i próbował przy sobie zatrzymać, ale ty wolałaś iść pieprzyć się z jakimś nowo poznanym facetem, zamiast być zwyczajnie ze mną szczera. A kiedy sielanka się skończyła, to wróciłaś z podkulonym ogonem, licząc na moje przebaczenie. I na to, że moglibyśmy znów być rodziną.
— A co nam stoi na przeszkodzie? — zapytała. Już nie ze skruchą, ale jakby była poruszona moimi słowami. — Carter odeszła. 
— Nie…
— Tak, Xabi, odeszła — przerwała mi. — Wiesz, jak to mówią, że prawdziwa miłość zwycięży wszystko? Przypuśćmy, że to ja stałam na drodze waszego szczęścia, ale jakby jej tak na tobie zależało to by się mną nie przejmowała, w końcu każdy z nas ma jakąś przeszłość na koncie. A jak ty byś ją tak strasznie kochał, to byś ją zapewnił, że jestem niegroźna. Walczyłbyś, żeby nie wyjeżdżała, skoro ona cię nie zdradziła. Ale założę się, że gdybyś jej nie przeszkodził, to pozwoliłaby Ramosowi dobrać się do majtek. Ona nie jest taka niewinna i wspaniała, za jaką ją masz. 
— Zamknij się — syknąłem ze złością i zerwałem się z kanapy na równe nogi.
— Bo co, prawda tak cię boli? — Nagore też wstała i poprawiła koniec sukienki. — To ja byłam tą złą, tą, która cię zdradziła i złamała serce, tą, która widziała, jaka ta twoja Carter jest naprawdę. I w porządku, ktoś musiał, ale to aż przykre patrzeć, jak popadasz w smutek z powodu jej odejścia. Czy ty doprawdy nie rozumiesz, że ona uciekła, bo nie mogła mieć was obu? Że uciekła, bo jest tylko głupim dzieckiem, który chce wszystko albo nic? A ty jesteś dorosłym, poważnym mężczyzną, który nie potrzebuje w swoim życiu dramatów z nastolatką w roli głównej, bo i tak je będziesz miał, kiedy Ane wejdzie w ten irytujący okres. Nie powiesz mi chyba, że myślałeś, że założysz z nią rodzinę, że zrobisz z niej drugą matkę dla naszych dzieci. Bądź realistą, Xabi, gdybyś sprawił jej dziecko, to miałbyś jakieś sześćdziesiąt lat, gdyby ono poszło na studia. Wy na wstępie byliście skazani na porażkę, nieważne, ile osób życzyłoby wam źle.
— Wcale tego wszystkiego nie chciałem — pokręciłem głową, mówiąc tak wolno, jak się dało, chociaż doskonale wiedziałem, że każde słowo Nagore było szczerą prawdą. 
Nawet jeśli nie miałem żadnych oczekiwań wobec Carter, ona zapewne myślała, że tak, że w końcu zacząłbym naciskać na coś poważniejszego, na coś, na co ona nie była jeszcze gotowa. Mnie nie obchodziła różnica wieku, życiowy bagaż czy doświadczenie. Jedyne, czego pragnąłem, to zwyczajnie z nią być, mimo że nigdy jej tego nie powiedziałem. 
Ale najwyraźniej, gdybym to zrobił, to i tak byłoby za mało. Zawsze miało być za mało.
— A powiedziałeś jej to? — zapytała łagodnie. 
— Nie — mruknąłem. Przejechałem obiema rękami po włosach, przytłoczony tą prawdą, którą uświadamiała mi Nagore i której wciąż nie chciałem przyjąć do wiadomości. 
Bo nie umiałem się uporać z jednym, oczywistym, faktem: nigdy nie powinienem był zakochać się w Carter, ale i tak to zrobiłem. To musiało skończyć się cierpieniem. 
A ja ostatnio wycierpiałem się zdecydowanie za dużo i miałem dosyć.
Dlatego nadeszła pora, aby wyłączyć wszystkie uczucia, które żywiłem do Carter, i skupić się na grze i na rodzinie. Nadszedł czas przestać obwiniać Nagore, bo ona tylko starała się pokazać mi prawdę, którą miałem na wyciągnięcie ręki, ale której nie chciałem złapać.
— Już dobrze — szepnęła, podchodząc do mnie, i złapała mnie obiema rękami za szyję. — Obiecuję ci, że w końcu będzie lepiej.
Kiedy jej usta znalazły się tuż przy moich, nie protestowałem; w ogóle nie powiedziałem słowa. Zamknąłem oczy i pozwoliłem Nagore, żeby mnie pocałowała. Nie czułem nic, ale usiłowałem wyłączyć myślenie, którego miałem już po dziurki w nosie, i spróbowałem choć na chwilę zapomnieć, nieważne, że robiłem to z moją byłą żoną, której nawet nie pożądałem. 
Byłem zdesperowany, żeby zapomnieć. 
Tej nocy, nie do końca świadomie, zaczynałem odbudowywać swoją rodzinę. To dzięki tej nocy zostałem po raz trzeci ojcem i zapieczętowałem swoje życie bez Carter.