1 sierpnia 2014

5. W tych najdzikszych chwilach

Wyglądało na to, że uciekanie miałam już we krwi.
Mogłam zostać. Mogłam spróbować coś wskórać; podpuścić ich, aby sprawdzić, czy faktycznie chcieli, żebym wyjechała, czy prosili o to, ponieważ uważali, że tak będzie lepiej. Ale przypomniałam sobie, że znajdowaliśmy się w miejscu publicznym, a ja ledwo powstrzymywałam łzy, dlatego robienie scen było bez sensu, skoro jutro wszystkie gazety rozpisywałyby się o tym zajściu i wyszłabym na kretynkę, zresztą nie pierwszy raz. Wrócił także strach przed tym, co jeszcze zdołaliby mi przykrego powiedzieć i co dobiłoby mnie doszczętnie, bo ich obojętność, kiedy obaj jednogłośnie podjęli decyzję, że powinnam się wynieść z ich życia, strasznie mnie zabolała.
Całkowicie zapomniałam o istotnym fakcie a mianowicie, że nie jadłam śniadania i zignorowałam swój brzuch, który doprowadzał mnie do szaleństwa, kiedy, chcąc nie chcąc, mój wzrok kierował się na przepysznie pachnące babeczki. Zebrałam w sobie resztki sił i odsunęłam krzesło od stołu, żeby wstać, i nawet nie obejrzałam się, gdy szłam w stronę wyjścia. Na nikogo. 
Postanowiłam dać im to, czego chcieli. Zamierzałam zniknąć, nie bacząc na to, że najzwyczajniej w świecie znów uciekałam. Najwyraźniej tylko w uciekaniu byłam dobra.
Nie zauważyłam jednak, że pogoda zdążyła zmienić się diametralnie. Troy wraz z Cristiano, Ikerem, Marcelo i Alvaro wracali do środka, gdyż na zewnątrz zaczynało padać. Na razie jedynie małymi kropelkami, które spływały po szybach, ale zachmurzone niebo wskazywało na to, że to był dopiero początek sporej ulewy. Nie przejęłam się tym zbytnio; stwierdziłam, że wciąż miałam czas, żeby złapać taksówkę i nie przemoknąć do suchej nitki. 
Mijając Troy’a przy wyjściu, spuściłam głowę z ogromną nadzieją, że był zbyt pochłonięty nowymi kolegami, żeby mnie dostrzec i nie pozwolić mi w spokoju opuścić restauracji. Kiedy byłam w połowie drogi, zdążyłam mu się przyjrzeć i zobaczyć, że tylko on — z naszej dwójki — świetnie się bawił; nawet deszcz nie zmył mu szerokiego uśmiechu z twarzy. Przez sekundę chciałam go uderzyć, żeby przestał się szczerzyć i właśnie wtedy mnie zauważył, i złapał za ramię, by móc odwrócić mnie przodem do siebie. 
— Hej, Carter, co ty…
Nie dokończył, bo rzuciłam mu najbardziej rozwścieczone spojrzenie, na jakie było mnie stać, wyrwałam rękę z jego uścisku i wyszłam na zewnątrz, ubolewając, że drzwi za mną nie trzasnęły. Dopiero powiew świeżego powietrza pomógł mi oczyścić umysł i wreszcie byłam w stanie zacząć trzeźwo myśleć.
Za każdym razem, kiedy przyjeżdżałam do Madrytu, najmniej czasu przeznaczałam na spacery ulicami czy w ogóle na zwiedzanie, żeby się zaaklimatyzować. Pozwalałam innym gospodarować dni, robiłam to, co zaplanowali, i nie śmiałam pragnąć czegoś więcej. Poza tym byłam naprawdę kiepska, jeśli chodziło o orientację w terenie, czego nigdy nie przyznałam przed samą sobą. Uwierzyłam, że byłam samowystarczalna i chociaż nie zwracałam zbytniej uwagi na to, jak dotarłam do tej części miasta, sądziłam, że ruszyłam w dobrą stronę. Chciałam po prostu odejść stamtąd jak najdalej się dało, dlatego pozwoliłam nogom prowadzić się przed siebie chodnikiem wzdłuż kamienic. Ale im bardziej oddalałam się od Celicioso, tym mniej widziałam ludzi wokół, aż w końcu zniknęła ostatnia żywa dusza. Chyba zabłądziłam.
Krople deszczu były większe i spadały z nieba ze zdwojoną siłą. Starałam się wierzyć, że to one zaczęły spływać hurtem po moich policzkach, ale kiedy dotknęłam oczu, żeby się o tym przekonać, okazało się, że się popłakałam. Tak bardzo płakałam, że zaczęłam się trząść, a wcale nie było mi zimno.
Nie płakałam od dwóch lat. Nie z ich powodu. To ja byłam tą, która odeszła, więc nie mogłam sobie pozwolić na łzy, bo jedynie potwierdziłoby to, co już wszyscy wiedzieli — moją słabość. Nie płakałam na cmentarzu, gdy odwiedzałam rodziców, żeby opowiedzieć im, jak spędziłam dzień, mimo że serce pękało mi z żalu, że nie mogłam usłyszeć od nich odpowiedzi. Nie płakałam także wtedy, kiedy prawnik Evelyn do mnie zadzwonił i powiedział mi, że moja babka umarła, ani na jej pogrzebie, gdzie nie było nikogo, kto by mnie po prostu przytulił i nic nie mówił. Zdecydowałam być silną dla siebie. 
Ale tak strasznie żałowałam. Każdego dnia plułam sobie w brodę, że nie okazałam się być silna, kiedy to było konieczne, i nawiałam. Że nie znalazłam w sobie na tyle siły, aby stawić czoła problemom; nawet miałam do siebie pretensje o to, że w ogóle dopuściłam do tego, żeby Ramos się we mnie zakochał, i że ja to w pewnym sensie odwzajemniałam. Że obawiałam się Nagore i nie potrafiłam być tym kimś, kogo Xabi wtedy potrzebował.
Dlatego nie umiałam ruszyć do przodu tak, jak najwyraźniej oni zdołali to zrobić. Bo my, nasza historia, nie zakończyła się tak, jak powinna. Przynajmniej w moim mniemaniu. 
Pewien terapeuta powiedział mi kiedyś, że mój smutek nie był złą rzeczą. Nieważne, że to ja zostawiłam Xabiego, że przyczyna nie była istotna — miałam prawo czuć się tak samo smutna, jak zapewne on się czuł. Powiedział również, że nie było nic złego w mojej ucieczce ani w tym, że nie chciałam poznać jego dzieci i zaangażować w związek z nim, że Nagore wywoływała u mnie niepokój, a Ramos mącił mi w głowie.
Nie byłam niczemu winna, tak stwierdził, ponieważ moi rodzice umarli. Miałam tylko dziewiętnaście lat, kiedy to się stało; na dodatek straciłam dwie najbliższe mi osoby, więc wtedy bardziej potrzebowałam kogoś, kto bezinteresownie potrzymałby mnie za rękę, nie licząc, że w zamian za to ściągnę majtki albo że natychmiast stanę się kimś innym, kimś, z kim można było zaplanować wspólną przyszłość. Dodał, że ani Xabi ani Ramos nie byli temu winni, bo zapewne oni nawet nie byli świadomi tego, jaką presję na mnie wywierali.
Na moje słowa, że dostaliśmy złe zakończenie, odpowiedział, że na właściwe nie byliśmy jeszcze gotowi. Nie ukrywałam, że darzyłam go wielką sympatią. 
Deszcz rozpadał się na dobre i dosłownie minutę później moje ubrania kleiły mi się już do ciała, a z włosów woda kapała strumieniami. Oparłam się plecami o szare mury najbliższej kamienicy i rozpłakałam się jeszcze bardziej niż wcześniej. 
Nie znajdował się tam niestety ganek, pod którym mogłabym się schować, więc potężne krople deszczu uderzały mnie w głowę, a ja stałam i płakałam ze swojej bezsilności. Chciałam chyba nawet wtedy umrzeć, bo uznałam to za odpowiednią chwilę, żeby ogłosić kapitulację. W uliczce, w której błądziłam, zrobiło się ciemno; kamienice były wysokie, przez co oddzielały od siebie to, co znajdowało się za ich murami i odcinały dopływ światła, choć wcześniej nie było go za wiele, bo niebo stało się pochmurniejsze, odkąd opuściłam Celicioso. Zaczynałam się bać. 
Spojrzałam w stronę, z której przyszłam, na końcu której znajdowała się główna ulica. Widziałam samochody na autostradzie i rozmazane sylwetki przechodniów, i zdążyłam zacząć układać w głowie plan, który pomógłby mi się do niej dostać. Nie byłam jednak pewna, czy moje nogi zdołałyby mnie poprowadzić; w końcu nic dzisiaj nie zjadłam i ciągnęłam ostatkami sił. Gdy drugi raz tam popatrzyłam, dostrzegłam czarną postać, która tam stała, jakby planowała do mnie podejść, mimo że sekundę temu jej tam nawet nie było. 
Naprawdę porządnie się wystraszyłam. To mógł być jakiś gwałciciel albo morderca, albo diler narkotyków z bronią, którą trzymał w wewnętrznej kieszeni kurtki, dlatego mocno odepchnęłam się ręką od muru i ruszyłam biegiem w przeciwną stronę, w ślepy zaułek, byle tylko uciec. Słyszałam, że postać zrobiła to samo, bo deptała po kałużach na chodniku, dzięki czemu mogłam określić, jak daleko ode mnie się znajdowała. W Londynie biegałam codziennie, niekiedy po dwa razy dziennie, bo zauważyłam, że to sprawiało mi radość i pozwalało chociaż na godzinę zapomnieć o rzeczywistości, więc wyrobiłam sobie niezłą kondycję i nie dostawałam zadyszki po przebiegnięciu pięciu metrów.
Tyle że ten, kto mnie gonił, był szybszy ode mnie i mimo że biegłam, ile miałam jeszcze sił w nogach, biorąc pod uwagę fakt, że mój brzuch świecił pustką, powoli zaczynałam czuć jego ciepły oddech na swoim karku. Spróbowałam znowu przyspieszyć, ale zdążył złapać mnie za ramię i pociągnąć w stronę pobliskiego muru, o który uderzyłam plecami. Zabolało tak bardzo, że zamknęłam oczy i ze strachu ich nie otwierałam, kiedy nieznajomy chwycił mnie za drugą rękę i dosłownie chuchał mi w twarz. 
Jego oddech nie pasował mi do mordercy — pachniał ciepłą kawą i słodkimi ciastkami, a do moich nozdrzy uderzyła woń dość drogiej wody kolońskiej; tej, której używał Xabi, kiedy byliśmy parą, i którą wręcz uwielbiałam. Miała przyjemny zapach, nie taki, po którym nie mogło się oddychać. Zebrałam się na odwagę i uniosłam jedną powiekę, żeby przekonać się, kto mnie gonił, i to właśnie jego ujrzałam przed sobą. 
Xabiego. To on za mną biegł.
Otworzyłam oczy i odetchnęłam z ulgą. Mimo że przebiegłam spory kawał drogi, nie czułam zmęczenia. Xabi także nie narzekał, sądząc po tym, że oddychał równomiernie i wpatrywał się we mnie. Wcale nie tak obojętnie, jak w restauracji. 
Patrzył tak, jak kiedyś. Ośmieliłabym się powiedzieć, że z troską. 
— Pamiętam ten poranek po mojej imprezie urodzinowej — odezwał się cicho, bo ja nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa. Byłam zbyt zszokowana i pewna, że makijaż całkowicie mi się rozmazał od łez i deszczu, ale Xabi patrzył mi w oczy, jakby w ogóle nie interesowało go, jak wyglądałam. Poza tym jego głos był tak czuły, że pragnęłam, by już nigdy nie przestawał mówić. — Kiedy biegliśmy do mojego mieszkania, przed czym się tak opierałaś, i złapał nas deszcz. Ale widzę, że bieganie ci teraz służy.
Zapomniałeś wspomnieć, że również tego samego dnia powiedziałam ci, że nie możemy być razem, bo to nie jest to, czego chcę, i że przyszła Nagore, kiedy poszłam do łazienki, i że powiedziałeś jej, że cholernie mnie kochasz.
I że Nagore powiedziała, że Ramos się we mnie zakochał.
Milczałam, licząc na jakąkolwiek wzmiankę o tym, co myślałam, ale nic więcej nie dodał. Po prostu nie przestawał się na mnie patrzeć i może miałam omamy, bo zaczynałam w jego oczach dostrzegać…
Pewnie postradałam zmysły. Wydało mi się, że widziałam w nich miłość.
— Możesz sobie iść? — zapytałam szeptem. Mój głos był lekko zachrypnięty przez to, że nie tak dawno płakałam. — Proszę. 
— Musisz mi pozwolić wyjaśnić…
— Czy to nie ja powinnam wyjaśniać? — przerwałam mu, chyba trochę za ostro. Ale znałam go, przynajmniej kiedyś, i wiedziałam, że on zawsze postępował słusznie. To ja odeszłam, to ja go zraniłam, ale byłam pewna, że jeśli by tylko miał taką możliwość, to winę wziąłby na siebie. — Do cholery, to wszystko przeze mnie. Tak jak zdążyłeś zauważyć wcześniej, gdybym dała nam więcej czasu, dzisiaj bylibyśmy małżeństwem i mogłabym być z tobą w ciąży, i bardzo możliwe, że to byłoby nasze drugie dziecko. Zamiast tego, bezdusznie każesz mi się wynosić z twojego poukładanego życia.
— Carter, znam twoje zdanie na temat małżeństwa i macierzyństwa, więc szczerze wątpię, że zmieniłabyś zdanie i mielibyśmy to wszystko, zanim skończysz trzydzieści lat…
— Och, zamknij się.
Uścisk Xabiego na moich ramionach zelżał, więc wyrwałam się i odepchnęłam go od siebie, żeby móc od niego odejść. Deszcz nie przestawał padać, choć do miejsca, w którym przed chwilą stałam, nie dosięgał, więc miałam schronienie, ale był tam Xabi. Odwróciłam się do niego plecami i rękami odgarnęłam włosy z twarzy, żałując, że nie wzięłam ze sobą lusterka. To było nasze pierwsze spotkanie od dwóch lat, a ja musiałam wyglądać jak ostatnia ofiara losu. 
Dlaczego on się tym nie przejmował? Jasne, wyglądał świetnie, nawet jeśli był mokry od stóp do głów. Jak on to robił? Jakim cudem był taki cudowny, pomimo upływu czasu, że wciąż doprowadzał moje serce do stanu, w którym przestawało bić, gdy tylko go widziałam? 
— Miałaś wiele czasu na przemyślenia — powiedział Xabi do moich pleców, starając się za wszelką cenę przekrzyczeć deszcz, który walił o dachy kamienic. — I teraz jesteś pewna, że zawsze chodziło tylko o mnie, ale, Carter, wtedy nie byłaś. Wiesz, jak ja się czułem, kiedy Ramos wyznawał ci miłość i od niego nie uciekałaś, gdzie pieprz rośnie? Że nie byłaś ze mną szczęśliwa, bo myślałaś, że wciąż kocham Nagore? Że wydawało ci się, że musiałaś rywalizować z nią o mnie, podczas gdy na wstępie wygrywałaś tę walkę? Że nie chciałaś ze mną być, bo nie potrafiłaś znieść załamanego Ramosa, który na nas patrzył, jakby chciał nas tym spojrzeniem zabić? Bo ja pamiętam.
— Ja też pamiętam! — krzyknęłam, odwracając się do niego. Przez łzy, które z powrotem napłynęły mi do oczu, wszystko widziałam rozmazane, oprócz twarzy Xabiego. Miał mokre włosy, z których woda spływała po jego policzkach, i lekko rozchylone usta, jakby chciał coś dodać. — I powinieneś walczyć!
— Wiem i bardzo tego żałuję, że…
— Nagore rozbiła waszą rodzinę, a ja straciłam rodziców, ale oboje powinniśmy byli walczyć, Xabi. Ty powinieneś o mnie walczyć i nigdy mnie od siebie nie odtrącać i nie pozwolić, żeby Ramos został mi tak bliskim przyjacielem. A ja powinnam być osobą, której wtedy potrzebowałeś. 
— Na nic nam się zda gdybanie, co powinno być a czego nie było — powiedział spokojnie Xabi. 
— Dlaczego ona? — zapytałam. Trzęsłam się ze złości albo z zimna, już nawet nie potrafiłam tego odróżniać, ale można to było usłyszeć w moim głosie, do tego pełnym pretensji. Bo ja miałam za złe Xabiemu, że pogodził się z Nagore. — Dlaczego do niej wróciłeś?
Nie odpowiedział. Przynajmniej nie od razu. 
Staliśmy naprzeciwko siebie w odległości kilku metrów i chociaż to wydawało się nierealne, deszcz padał coraz mocniej i oddzielał nas od siebie. Powietrze wciąż było duszne, więc spodziewałam się, że niedługo usłyszymy pierwszy grzmot. Było mi trudniej dostrzec wyraz twarzy Xabiego, zwłaszcza, że oczy nadal miałam pełne łez, że aż musiałam je zmrużyć, by zobaczyć, jak wyglądał, aby przynajmniej spróbować odgadnąć, co chodziło mu wtedy po głowie. Z trudem dostrzegłam, jak zaciskał szczękę i ręce w pięści.
Zadecydowałam, że najlepiej będzie poczekać na jego odpowiedź. Czułam, jak w butach gromadziła mi się woda, co mnie trochę dekoncentrowało. 
— Nagore jest teraz inna — zaczął w końcu powoli, a ja prychnęłam. — Carter, naprawdę, ona się zmieniła. Oboje chyba potrzebowaliśmy długiej przerwy od siebie, żeby sobie uświadomić, co jest dla nas najważniejsze. 
Ona jest dla ciebie najważniejsza? — Kiedy powiedziałam te słowa na głos, poczułam, że coś we mnie pęka; ja w środku, jak skorupa jajka, gdy uderzało się nią o małą łyżeczkę. Bo z tego, co usłyszałam, wynikało, że byłam jego chwilowym kaprysem, który pomógł mu zrozumieć, że nigdy nie przestał kochać swojej eksżony. 
— Wcale tego nie powiedziałem — zaprzeczył. Słychać było, że zirytował go wyciągnięty przeze mnie wniosek. 
— To się rozumie samo przez się…
— Cholera, Carter! — krzyknął tak głośno, że aż podskoczyłam. Był naprawdę wściekły. — Wróciłem do niej, bo tak było łatwiej, zadowolona? Tak, nawet ja czasem wybieram drogę, która jest zwyczajnie łatwa. Kiedy masz dwójkę dzieci, nierozumiejących jeszcze zasad, którymi rządzi się świat i które na okrągło pytają, dlaczego nie wprowadzę się do ich domu, skoro mieszkam sam… To, czego w tej chwili chcesz, już się nie liczy. Dzieci się liczą. A dla nich najważniejszym jest, aby mieć pełną rodzinę. Zrozumiesz to, kiedy sama zostaniesz matką. 
Polemizowałabym, że kiedykolwiek mogłabym nią być. Chyba byłam za bardzo samolubna, żeby umieć zadbać o drugiego człowieka, w dodatku tak małego i bezbronnego.
Czy teraz, gdy już poznałam prawdziwy powód, dla którego Xabi postanowił dać Nagore drugą szansę, miałam prawo mieć do niego o to pretensje? Doskonale przecież wiedziałam, jak ważna była rodzina, zwłaszcza dla dziecka, i nikt nie powinien jej mu odbierać. Zrozumiałam, co miał na myśli, mówiąc, że uświadomili sobie, co było najważniejsze. 
Ale wcale nie poczułam się dzięki temu lepiej.
— Ramos też się zmienił, odkąd został ojcem — dodał, tym razem spokojniej. — Kiedy powiedział, że powinnaś wyjechać, nie kierował się tym, czego on by chciał. Nie jest już sam, jest odpowiedzialny za innych; za swoją rodzinę, a skoro ty nie chcesz mu jej dać, musi zadbać o tę, którą ma. Nie myśl, że nam ta obojętność przychodzi z łatwością. 
— Dlaczego to nie on wybiegł za mną?
— Uzgodniliśmy, że ani ja ani on za tobą nie wyjdziemy. — Xabi wzruszył ramionami, robiąc krok w moją stronę. — Wykorzystałem szansę, kiedy poszedł do toalety.
— Po co? 
— Po to, żebyśmy szczerze porozmawiali. Żebyś znała prawdziwą prawdę, zamiast tej, którą chcesz urzeczywistnić.
Na ułamek sekundy zamarłam. Zielonego pojęcia nie miałam, jaką prawdę mógł mieć na myśli, ale jakakolwiek by ona nie była, zdążyła sprawić, że moje serce wykonało dziwaczną akrobację w klatce piersiowej i która nie spodobała się mojemu żołądkowi. Chciałam zwymiotować, choć w zasadzie nie było czym; poza tym ledwo już stałam na nogach, bo bieganie i rewelacje, jakie do tej pory Xabi mi zgotował, mnie przytłoczyły, że aż obawiałam się, że wkrótce upadnę. 
Oczekiwałam naprawdę kiepskiego dnia, ale nawet moja wyobraźnia nie wpadła na pomysł, że będzie aż tak beznadziejny.
— To, co do tej pory mi powiedziałeś, nie było tą prawdą? — spytałam słabym głosem. Nie miałam już zbyt wiele siły, żeby mówić.
— Serio, nie chcę, żebyś zostawała w Madrycie na dłużej albo na stałe — odparł i wykonał kolejny krok w moim kierunku. Kontynuował, powoli do mnie idąc: — Ułóż sobie życie tam, gdzie uda ci się być szczęśliwą. Możesz spróbować z tym całym Troy’em, bo wydaje się być porządnym gościem.
— Ja go nawet nie lubię w ten sposób…
— Ja też nie lubię Nagore w ten sposób — uciął temat. Te słowa sprawiły, że moje ciało ogarnęło przyjemne ciepło. Ucieszyłam się, że to powiedział. — Właściwe rozwiązania nie zawsze dają szczęśliwe zakończenia, ale ty masz dopiero dwadzieścia jeden lat i już wycierpiałaś się za połowę świata. Zasługujesz, żeby ktoś cię uszczęśliwił. Musisz być szczęśliwa.
— Ciągle myślę, że tylko z tobą bym mogła być. 
Nim się spostrzegłam, żadna przestrzeń nas już nie rozdzielała. Xabi dotykał swoim ciałem mojego, jego ręce znajdowały się tuż przy moich i musiałam zadrzeć głowę wysoko do góry, żeby móc spojrzeć mu głęboko w oczy i samą siebie przekonać, że byłam wystarczająco silna, aby to znieść.
W tamtym momencie przypomniał mi się ten feralny dzień, o którym wspomniał na samym początku.
Wcale nie byłam silna. 
— Naprawdę niedaleko — zapewnił słodkim tonem i stanął blisko mnie, żeby odgarnąć mi kosmyk włosa z policzka, który przykleił mi się do skóry. — Już, za tym zakrętem.
Czy Xabi naprawdę sądził, że na świecie istniała osoba, która mogłaby mnie uszczęśliwić i która nie byłaby nim? Czy on właśnie mi powiedział, że musiałam ułożyć sobie życie bez niego?
— Gdybym mógł cofnąć czas, to bym go cofnął — szepnął, a ja stanęłam na palcach, żeby dosięgnąć jego ust. — Przysięgam. Gdyby to tylko było możliwe, byłabyś moją żoną i mielibyśmy urocze dzieci…
Mówiąc to, uśmiechnął się do mnie zaczepnie. Tym właśnie przesądził wszystko, całą moją siłę. 
— Wiesz co? Wygląda to dla mnie jak jakiś durny film — szepnęłam, przygryzając dolną wargę. Nie podobała mi się sytuacja, w jakiej się znalazłam.
Kiedy moje usta wreszcie dotknęły jego, po tych wszystkich latach, Xabi nie wydawał się być zaskoczony moim posunięciem, bo od razu odwzajemnił pocałunek. Jedną ręką złapał mnie za moje mokre włosy a drugą w pasie, mocno mnie do siebie przyciągając. Moje dłonie złapały go za koszulę, a zmysły skupiły się jedynie na tym, żeby nie przestawać go całować. Chciałam mu tym sposobem przekazać, że czekałam na tę chwilę każdego cholernego dnia i że zamierzam z niej wziąć tyle, ile tylko byłam w stanie. 
— Chętnie bym cię pocałował, ale ten deszcz jednak wszystko psuje — mruknął, udając, że jest mu przykro z tego powodu. A może naprawdę tak było? — Zaczynam podziwiać ludzi, którym nie przeszkadza, że są cali mokrzy przy pierwszym pocałunku z wyjątkową osobą.
Z każdą sekundą, z każdą kroplą deszczu, która spadała na moją głowę i z każdym grzmotem, który słyszałam gdzieś daleko nad sobą, całowałam go coraz bardziej zachłannie. Moje ręce powędrowały do kołnierza koszuli i pociągnęły za niego, żeby Xabi znalazł się jeszcze bliżej mnie, mimo że czułam bicie jego serca tuż przy swoim.
Byłam strasznie spragniona jego pocałunków, o które walczyłam ostatkami sił; jego dłoń puściła moje włosy i złapała za lodowaty policzek. On za to był cały ciepły i dlatego starałam się go przy sobie zatrzymać, bo tego potrzebowałam, jak i poczucia bezpieczeństwa, że wszystko się ułoży, które czułam w jego ramionach. 
Gdy odsunął swoje usta od moich, żebyśmy mogli zaczerpnąć powietrza, spojrzał na mnie tak, jak zawsze chciałam, żeby na mnie patrzył. 
Tak, jakby nie widział poza mną świata.
Później nastąpiła ciemność.

Fragmenty zaznaczone kursywą pochodzą ze sztormem 1.0