17 lipca 2014

4. Codziennie o ciebie walczę

— Co tu, do cholery, robi Carter?
„Wszyscy już na mnie czekali” było, co najmniej, niedopowiedzeniem roku. 
Kiedy weszłam do Celicioso i nie zastałam tego, czego się spodziewałam i jednocześnie obawiałam zastać, w głowie zaczęłam odtwarzać wczorajszą rozmowę z Cristiano. Wspomniał, że ani Xabi ani Sergio bladego pojęcia nie mieli, że Marcelo wymyślił ten brunch tylko po to, żeby za ich plecami stworzyć nam szansę ostatecznego zamknięcia przeszłości, ale za to nie zaprzeczył, gdy stwierdziłam, że ich cała drużyna będzie mnie osądzać już w chwili, w której przekroczę próg restauracji. 
W rzeczywistości nie było tam nawet połowy składu Realu Madryt ani tym bardziej nikt na mnie nie czekał. Cóż, może oprócz Cristiano, który najwyraźniej do końca trzymał się nadziei, że jednak podejmę właściwą decyzję i przyjdę się z nimi zobaczyć. Przy drzwiach zawieszono dzwonek, który dzwonił za każdym razem, gdy ktoś wchodził lub wychodził, więc kiedy weszłam do środka to wszyscy automatycznie spojrzeli w moją stronę.
W tym także uśmiechnięty Ronaldo, który wstał z krzesła, żeby do mnie podejść i się przywitać, ale Sergio był szybszy i powiedział to, co powiedział. 
Po hiszpańsku i w dodatku tak głośno, że prawdopodobnie usłyszeli go nawet w kuchni. 
Naprawdę nie obchodziło mnie, kto się na mnie gapił albo na Ramosa, ani to, że wszyscy zaczęli między sobą szeptać; pewnie przypomnieli sobie nagłówki gazet sprzed dwóch lat, kiedy to prasa obsmarowywała mnie wymyślnymi epitetami. Bardziej przejmowałam się tym, że Cristiano już się nie uśmiechał a Sergio nie odrywał ode mnie wzroku i wyglądał na bardziej wściekłego niż zaskoczonego. W jego ślady poszedł Xabi, odwracając się do mnie i przetarł palcami oczy, jakby im nie dowierzał, że mnie widzi. Obok niego siedział Alvaro Arbeloa, który nawet nie udawał, że nie był zszokowany moim widokiem; Iker zaszczycił mnie krótkim spojrzeniem, po którym skupił się na Ramosie, jakby go telepatycznie próbował uspokoić. Marcelo był uśmiechnięty od ucha do ucha, ale widząc reakcje kolegów z drużyny, uśmiech powoli schodził mu z twarzy — chyba domyślał się, że brunch faktycznie nie należał do jego najlepszych pomysłów. 
Czułam, że to skończy się katastrofą. 
Nie chciałam tego zrobić; nie zamierzałam podchodzić do ich stolika pod ścianą, wypełnionego po brzegi przepysznym jedzeniem, na którego sam zapach robiłam się głodna. Obróciłam się na pięcie w stronę wyjścia, ale nie zdążyłam zauważyć, jak Troy stanął tuż za mną i wpadłam prosto na niego. Instynktownie złapał mnie mocno za ramiona, a ja pomyślałam, że to na wszelki wypadek, jakbym miała stracić równowagę i upaść. Tyle że tym razem zrobił to po to, aby mnie przy sobie zatrzymać i siłą do nich zaciągnąć.
— Zrozumcie, to dla waszego dobra — tłumaczył Cristiano, także po hiszpańsku, co było dla mnie sporą ulgą. Troy nie rozumiał ani słowa, kiedy wlókł mnie za sobą. — Pojechałem wczoraj do Carter i powiedziałem jej o brunchu. Że jeśli zależy jej na was to żeby przyjechała. 
— Dobra, wszystko spoko — powiedział Alvaro, gdy Troy postawił mnie przed ich stolikiem jak jakąś świnię na rzeź, i spojrzał na mnie z lekkim uśmieszkiem. Z Arbeloą przez cały pobyt w Madrycie zamieniłam ledwo kilka słów; rzadko zdarzało się, żebyśmy zostawali sami, więc poczułam się odrobinę niezręcznie. — Ale mogłeś nas chociaż uprzedzić… 
— Wtedy tych dwóch osłów by nie przyszło. — Marcelo skinął głową na Xabiego i Ramosa, na których nie odważyłam się popatrzeć. Bałam się, że jeśli bym to zrobiła, to już nigdy nie oderwałabym od nich wzroku, a czułam, że oni nie spuszczali ze mnie oka. — Ty byś się wygadał przed Alonsem, jakbyś wiedział, Iker to samo przed Ramosem. 
— Musieliśmy coś zrobić — dodał Cristiano na swoją obronę. — Oni czekali na to dwa lata. Potrzebują tego… 
Ja, Xabi i Sergio znajdowaliśmy się dosłownie kilka centymetrów obok nich, chociaż milczeliśmy jak myszy pod miotłą, ale to nie powstrzymywało reszty, żeby bez skrępowania rozmawiać o tym, czego — według ich opinii — potrzebowaliśmy. Spuściłam głowę na swoje trampki, w duchu dziękując, że w Celicioso było na tyle głośno, że moje przyspieszone bicie serca ginęło wśród tego zgiełku. Ciągle czułam na sobie to ich świdrowanie wzrokiem, jakby próbowali przeniknąć mnie na wskroś i odczuć zażenowanie, które ogarnęło całe moje ciało. Miałam wrażenie, że paliłam się od tego gorąca. 
Na Sergia zerknęłam, kiedy jeszcze stałam przy drzwiach, ponieważ wiedziałam, że później nie miałabym na to odwagi. Wyglądał lepiej niż w telewizji i niż go zapamiętałam. Od zawsze uwielbiałam, kiedy nosił T-shirty z krótkim rękawem, bo odsłaniały jego tatuaże, dzięki którym był seksowniejszy. Włosy zaczesał do góry i zapuścił brodę, a jego piwne oczy wręcz świeciły, chociaż nie byłam w stanie stwierdzić, czy to z radości czy ze złości. 
Xabiego zmierzyłam wzrokiem natychmiast; gdy tylko odwrócił się do mnie przodem. Nie zmienił się ani trochę od czasu naszego ostatniego spotkania na lotnisku, kiedy próbował mnie zatrzymać w Madrycie. Nadal był nieziemsko przystojny, że aż przyćmiewał innych facetów w restauracji, choć może to jedynie ja go widziałam w taki sposób. Siedział w jasnej koszuli, podwiniętej przy rękawach, z kilkudniowym zarostem, i wyglądał, co tu więcej mówić, wspaniale. W chwili, w której nasze spojrzenia na moment się spotkały i ja poczułam, jakby cały świat stanął w miejscu, nie potrafiłam z niego nic odczytać. 
Aż sama się sobie dziwiłam, że znalazłam tyle siły, żeby wytrzymać bez nich dwa lata. 
— Co to za jeden? — zapytał mnie Sergio, kiedy przypadkowo na niego popatrzyłam, i skinął głową na Troy'a. 
— To jej chłopak — odpowiedział Cristiano, zanim zdążyłam otworzyć usta. Zgromiłam go wzrokiem, na co tylko wzruszył ramionami i wsadził sobie babeczkę do buzi. 
— To nie jest mój chłopak — zaprzeczyłam po hiszpańsku i aż się przestraszyłam, słysząc swój własny głos. W środku trzęsłam się cała, ale zabrzmiałam dosyć pewnie i nawet się nie zająknęłam. Sukces. — To Troy, zajmuje się sprzedażą domu Evelyn.
— Łał, co za dyplomatyczna odpowiedź — zakpił Ramos, za co Iker rzucił w niego kawałkiem bułki, którą dojadał. Ze wszystkich zebranych to on i Xabi milczeli, odkąd się tu zjawiłam. — No co? Pewnie już dawno narobiła mu nadziei na romans i zanim się obejrzymy… 
— Pieprz się — przerwałam mu. Tęskniłam za nim, nie zamierzałam tego ukrywać, bo tęskniłam jak cholera, że aż musiałam tłumić w sobie te uczucia, bo w innym wypadku rzuciłabym się na niego i nigdy go nie puściła, ale on był dokładnie taki sam, jak w dniu, w którym się poznaliśmy. Aroganckim kretynem, który miał o mnie najgorsze zdanie ze wszystkich możliwych. — Jesteś takim dzieciuchem. 
— Nie żeby coś — odezwał się Troy po angielsku — ale możecie mówić po ludzku? Po hiszpańsku znam tylko przekleństwa. 
— Kretyn — Sergio zaśmiał się pod nosem. 
— Wiesz co, Troy? Mam pomysł — Marcelo przerzucił się na angielski. Wstał od stołu i podszedł do Troy'a, kładąc mu rękę na ramieniu. — Może pospacerujemy po Madrycie? Założę się, że jesteś fanem Realu, no, bo kto nie jest? A dzieciaki niech sobie porozmawiają. 
Marcelo poprowadził Troy'a w stronę wyjścia, ale zdążył się jeszcze do mnie odwrócić i unieść dwa kciuki do góry, jakby był przekonany, że wygrywał właśnie życie. Cristiano bez zastanowienia ruszył za nimi; Arbeloa wahał się przez chwilę, ale wystarczyło jedno ostre spojrzenie Ronaldo i odpuścił, choć niechętnie. 
— Mam zostawić taką górę jedzenia… — mruknął i pokręcił głową, idąc za Crisem. 
Najdłużej zwlekał Iker. Najpierw przypatrywał się Ramosowi, który nawet na niego uwagi nie zwrócił, następnie na Xabiego, aż w końcu podniósł się z krzesła i odszedł od stołu. Tyle że zanim wyszedł, minął mnie i szepnął mi do ucha:
— Carter, błagam… nie skrzywdź ich znowu. 
Obejrzałam się za nim, powoli rozumiejąc, dlaczego był taki milczący. Pomyśleć, że sądziłam, że to Xabi i Ramos powinni być na mnie najbardziej wściekli, ale okazało się, że tak naprawdę to Iker nie potrafił mnie ścierpieć. Nie, nie za wesele, na którym się pobili czy za to, co działo się w szatni drużyny. 
Za to, że zraniłam dwójkę jego najlepszych przyjaciół.
Trochę ze sobą walczyłam, zanim usiadłam na krześle, które wcześniej zajmował Iker, idealnie naprzeciw Xabiego i Sergio. Nie było to rozsądne, bo to całe jedzenie, wymyślne babeczki i kanapki, wręcz wołały do mnie, żeby je zjeść; mój brzuch stanowczo się ich domagał, a przecież wcale nie przyjechałam tu po to, by wyżerać im z talerzy. 
Właściwie sama już nie wiedziałam, po co przyjechałam. Miałam taką straszną pustkę w głowie przez to wszystko, co się działo wokół mnie. Nie mogłam uwierzyć, że wreszcie siedziałam obok nich i że byli na wyciągnięcie ręki, jeśli tylko pragnęłam ich dotknąć.
A pragnęłam. Och, jak ja pragnęłam. 
— To co jest z tym Troy'em? — zagadnął Sergio, gdy cisza między nami nie dość że była niezręczna, to w dodatku zaczynała robić się męcząca. — Twoja kolejna zabawka, którą porzucisz, kiedy zacznie stwarzać problemy? 
— Przestań się wydurniać — powiedziałam tonem, po którym dobitnie słychać było, że miałam serdecznie dosyć. Xabi położył ramiona na stole i jedną ręką bawił się swoją szklanką z wodą, w ogóle na mnie nie patrząc. — Możemy wykorzystać okazję, którą Cristiano dla nas stworzył? Możemy porozmawiać? Zamiast dokuczać mi za to, że twoje modlitwy się nie sprawdziły i nie zostałam sama jak palec… 
— Czyli to twój chłopak? 
Na dźwięk jego głosu zaczęłam się trząść. 
Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam, nawet terapeutom, ale często brakowało mi go i zdarzało mi się oglądać wywiady Xabiego godzinami w internecie, żeby tylko go słuchać. Kiedy po dwóch latach nareszcie miałam szansę ponownie usłyszeć jego głos, choć tym razem dość oschły, niewiele brakowało a totalnie bym oszalała. Trzęsłam się jak galareta i dlatego ręce trzymałam na udach, bo jeśli spróbowałabym złapać za cokolwiek, prawdopodobnie bym tego w dłoniach nie utrzymała. Serce znowu zaczynało rwać się do ucieczki, znowu zrobiło mi się piekielnie gorąco. 
To wszystko działo się ze mną, bo usłyszałam jego głos. 
Odezwał się do mnie. 
— Nie, nie mam chłopaka — odpowiedziałam tak cicho, że chyba cudem Xabi i Sergio zdołali mnie zrozumieć. Odchrząknęłam, bo miałam świadomość, że mój głos zdradzał moje trzęsienie się w środku, co działało na moją niekorzyść. — Mówiłam wam, Troy jest tutaj tylko dlatego, że musi sprzedać dom Evelyn. Mnie w Madrycie już nic nie trzyma. 
Ostatnie zdanie powiedziałam specjalnie, żeby sprawdzić ich reakcję. 
Xabi ledwo co odważył się podnieść głowę, aby obdarzyć mnie krótkim spojrzeniem, po czym ponownie szklanka z wodą była bardziej interesująca niż ja, próbująca nim manipulować poprzez mówienie różnych rzeczy. Za to mina Sergia powoli miękła — surowy wyraz twarzy stawał się łagodny, i wreszcie dostrzegłam swojego dawnego Ramosa, który może i był największym dupkiem na świecie, to jednak nadal należał do grona niewielu osób, z którymi lubiłam spędzać czas.
— Cristiano powiedział mi wczoraj, że dużo o mnie rozmawiacie — ciągnęłam, wykorzystując okazję, żeby zdemaskować ich prawdziwe uczucia do mnie. — Mam na myśli, że nawiązujecie do mnie bez konkretnego powodu. Jeśli robicie to dlatego, że przyjechałam do Madrytu i to dla was problem, przeszkadza wam to w prowadzeniu swojego poukładanego życia… Jeszcze dzisiaj mogę wsiąść w samolot, wyjechać i nie wracać. Ufam Troy'owi i mogę go tutaj zostawić samego, a jak tylko sprzeda dom, to także stąd zniknie i możemy udawać, że to wszystko nigdy się nie wydarzało. 
— Ucieczka nie jest rozwiązaniem — powiedział Xabi bez jakichkolwiek emocji w głosie. Odchylił się na krześle do tyłu i położył dłonie na udach, zaciskając je w pięści. — Nie mów nam czegoś, czego się wyuczyłaś przed lustrem. Powiedz prawdę. 
— Wcale nie chciałam się z wami spotykać — wyrzuciłam z siebie, zanim w ogóle zdążyłam pomyśleć, co mogłoby być tą prawdą, którą chciał poznać Xabi. Nie patrzyłam na nich; wpatrywałam się w talerz babeczek, o którym marzyłam, żeby do siebie przesunąć i zjeść z niego te ciastka. — Kiedy siedziałam w samolocie, powtarzałam sobie jak mantrę, że nie chcę was widzieć ani nawet przebywać obok was. Ale nie dlatego, że faktycznie tego nie chciałam, bo nie macie pojęcia, jak ze sobą teraz walczę, żeby nie pokazać wam, jak bardzo za wami tęskniłam przez ten cały czas. Dlatego, że nie mogę znieść, jak na mnie patrzycie. 
Obaj milczeli. Miałam nadzieję, że to dlatego, że mnie słuchali. 
— Ja wiem, że namieszałam tym przyjazdem. Znowu — ciągnęłam swój monolog. — Serio jest mi przykro. Mimo wszystko macie rodziny, wciąż się przyjaźnicie i jesteście szczęśliwi. I cieszę się ze względu na was, naprawdę, i nie chcę od was litości ani niczego. Byłam egoistyczną suką i zasłużyłam, żeby umrzeć w samotności, ale ten jeden raz spróbowałam zrobić coś wbrew sobie. Dlatego przyjechałam; żebyście skończyli ze mną raz na zawsze i jeśli kiedykolwiek miałabym zjawić się ponownie w Madrycie, to żebyście wtedy na to nie zwrócili uwagi. Żebyście żyli swoim życiem. 
— Sądzisz, że któryś z nas tego chce? — spytał Sergio głosem, jakiego jeszcze nigdy wcześniej u niego nie słyszałam. Aż nie potrafiłam go opisać. — Carter, czy ty kiedykolwiek zapytałaś któregokolwiek z nas, czego tak naprawdę chce? 
— No, czego chcesz? — spełniłam jego życzenie i spytałam. 
— Ja… — zamilkł, zanim na dobrą sprawę zaczął w ogóle mówić. Popatrzeliśmy na siebie i już wiedziałam, czemu jego oczy błyszczały, gdy weszłam do restauracji. Przez łzy. Płakał ze złości na mnie za to, że zdążył sobie ułożyć życie a ja po raz kolejny niespodziewanie w nie wtargnęłam, i na siebie za to, że mi na to pozwalał. I może też dlatego, że przypomniał sobie, że mnie zawsze chodziło o Xabiego. — Ja… 
Nie był w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Xabi więc przejął pałeczkę. 
— Ja nigdy nie chciałem, żebyś wyjeżdżała i mnie zostawiała — wyznał. Starałam się, żeby w moich oczach znalazło się jak najwięcej miłości, ile tylko zdołały przekazać, ale za to u niego nie było niczego. Nie patrzył na mnie, jakby był zły czy obojętny, po prostu… inaczej. — Zgadzam się, że wtedy to wszystko było na maksa pokręcone, ale jakbyś dała nam trochę więcej czasu to byśmy się w tym odnaleźli. Ale wolałaś uciec. 
— Bo o mało się nie pozabijaliście na weselu Ikera — powiedziałam, próbując się bronić. Starałam się nie krzyczeć, mimo że w środku zaczynałam czuć się szczęśliwa, że nareszcie mogłam z nimi o tym porozmawiać. — Wasza przyjaźń była ważniejsza niż ja. 
— Nasza przyjaźń jest skomplikowana, ale trwała — Sergio doprowadził się do stanu, w którym znowu mógł coś powiedzieć. — Trochę nam odwaliło przez uczucia do ciebie, ale gdybyś wybrała jednego z nas a drugiemu dała czas, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. 
— Wybrałam Xabiego — zauważyłam, na co Ramos wywrócił oczami a Xabi spuścił głowę. — Odkąd wybrałam Xabiego, przez calutki tydzień chodziłeś taki wściekły, że chciałeś rozwalić cokolwiek, co tylko weszło ci w drogę. 
— Tydzień to jest tyle, co nic… 
— Spiskowałeś z Nagore — wyciągnęłam kolejny argument. Teoretycznie to oni mieli być tymi, którzy będą mi wyrzucać błędy, ale w praktyce najwyraźniej role się odwracały. — Spiskowałeś z nią, żeby mogła odzyskać Xabiego. Dziwne, że akurat po moim wyjeździe wasza przyjaźń wróciła na właściwe tory a Xabi i Nagore uratowali swój związek. Zaczęłam się nawet kiedyś zastanawiać, czy ty w ogóle byłeś we mnie zakochany czy to była tylko głupia gra, żeby mnie rozdzielić z Xabim, żeby mógł wrócić do swojej byłej. 
— Hej, ja tutaj siedzę! — zawołał Xabi, wyraźnie poirytowany, że mówiłam o nim w trzeciej osobie w jego obecności. — Poza tym żadnym spiskiem nie wróciłbym do Nagore… 
— To dlaczego wróciłeś? — rzuciłam z pretensją. 
— To my powinniśmy ci robić wyrzuty o tego twojego Troy'a, a nie ty się czepiasz o byłą żonę Alonsa! — powiedział Ramos karcąco. 
— Już nie taką byłą — poprawiłam. 
Serio, ten „brunch”, podczas którego nic nie zjadłam, zaczynał się robić coraz bardziej komiczny. 
W żadnym z moich czarnych scenariuszy nie uwzględniłam takiej możliwości. Spodziewałam się wszystkiego, co najgorsze: od nienawistnych spojrzeń, które, gdyby tylko mogły, to by zabijały, aż po awanturę na całą restaurację, podczas której latałyby talerze i babeczki. Nie sądziłam, że… 
Cóż. Że oni przeżywali dokładnie to samo, co ja, przez te lata. 
Nawet miałam nadzieję. To było najgłupsze, co mogłam mieć, ale prawdziwe. Przez chwilę uwierzyłam, że udałoby nam się zostać we trójkę przyjaciółmi, bez tych romantycznych uczuć w pakiecie. Pomyślałam, że wciąż mogłabym ich mieć w swoim życiu. 
Ale to odeszło ode mnie tak szybko, jak przyszło. Za nic nie wyobrażałam sobie bycia przyjaciółką Xabiego, bo nie zniosłabym słuchania narzekań na Nagore albo opowiadania, jak to im się świetnie układało w małżeństwie i że danie sobie drugiej szansy było takim wspaniałym pomysłem. 
Jednak było mi z nimi dobrze. I chociaż rozmowa skupiała się głównie na tym, że jeden drugiemu wypominał, to nadal to było o niebo lepsze niż jakbym miała wysłuchiwać pretensji Troy'a o to, że pomalowałam usta szminką, bo według niego próbowałam tym kogoś uwieść.
Chciało mi się śmiać, kiedy przypomniałam sobie, że Troy się za to na mnie zezłościł. To było takie głupie, bo przecież Xabi pewnie nawet nie zauważył, że moje usta wyglądały jakoś inaczej niż zwykle. 
— Co my wyprawiamy? — Xabi złapał się za głowę i przeczesał włosy, a potem opuścił ręce z bezradnością. — Nie umiemy ze sobą rozmawiać i ostatnim razem to się nie sprawdziło. Poza tym jesteśmy za starzy, żeby żyć w walniętym trójkącie. 
— To nie jest dobry pomysł, żebyś została w Madrycie. — Ramos poparł Xabiego, a ja nie wierzyłam własnym uszom. — Powinnaś wyjechać, Carter, natychmiast. 
Iker poprosił mnie, żebym ich znowu nie skrzywdziła. 
Żałowałam, że nie zaśmiałam mu się w twarz, kiedy to mówił. To oni mnie właśnie krzywdzili i nie sądziłam, że kiedykolwiek miałabym się otrząsnąć z tego, co mi kazali zrobić. 
Bo jak otrząsnąć się z faktu, że miłość twojego życia cię nie chciała?