9 lipca 2014

3. Płacze w najciemniejszą noc

Ostatnim razem, gdy sprawdzałam, czyli jakąś minutę temu, była trzecia w nocy. Troy spał obok mnie na plecach i kiedy na niego patrzyłam to nie mogłam się nadziwić, że potrafił być taki beztroski podczas snu, jakby miał najczystsze sumienie ze wszystkich ludzi na Ziemi. Jego klatka piersiowa unosiła się powoli i opadała, a równomierny oddech uspakajał mnie tak samo jak kilka filiżanek melisy. 
Mój dawny pokój wręcz raził ciemnością, ale nie tą przyjemną, tylko tą głuchą. Białe ściany były puste — zdążyłam z nich ściągnąć każdy obraz, półkę czy tablicę, zanim jeszcze wyjechałam do Londynu — i aż przerażające w swoim osamotnieniu. Zdarzało mi się nawet odnieść wrażenie, że przebywałam w jaskini, kiedy wypowiedziane przeze mnie słowa odbijały się od nich i z powrotem uderzały prosto we mnie. 
Zanim Troy przyjechał do Madrytu, nie znosiłam spędzać tutaj nocy, bo budziły u mnie strach związany z samotnością. Bałam się przebywać w tak wielkim domu sama i czasami do głowy przychodziły mi myśli, którymi dodawałam sobie otuchy, że jeżeli duch Evelyn nadal gdzieś błądził to blisko mnie, choć nie miałyśmy jakiejś szczególnej więzi i podstaw, żeby się mną „opiekowała” po śmierci, skoro za życia tego nie robiła. W moim pokoju, oprócz łóżka i dwóch mahoniowych szafek nocnych po obu jego stronach, przy drzwiach stały jeszcze kosze na brudne rzeczy a zaraz obok nich nasze, wciąż nierozpakowane, walizki. 
Nie spałam, bo martwiłam się tą całą zaistniałą sytuacją. Cristiano postawił mnie przed faktem dokonanym; nie pytał uprzejmie, czy mogłabym to zrobić a wręcz do tego zmuszał. Darzyłam Marcelo sporą sympatią, ale należało mu przyznać, że nie wpadał na dobre pomysły, które ostatecznie musiały zakończyć się katastrofą. Sama myśl o brunchu z piłkarzami światowej sławy, którzy tworzyli żywą historię Realu Madryt, przyprawiała mnie o ból brzucha. Zresztą już nie chodziło nawet o moje wygłupienie się przed nimi dwa lata temu, ale i o to, jak wiele zdążyli osiągnąć przez ten czas, podczas gdy ja nie zrobiłam nic. Dosłownie nic. 
Gdy przeprowadziłam się do Madrytu i przyjaciel Evelyn oraz ich ówczesny trener, Jose Mourinho, zaoferował mi tę idiotyczną pracę z jego drużyną — w zakresie moich obowiązków leżało dopilnowanie, żeby nigdy nie brakowało czystych ręczników czy dostarczanie im skrzynek z butelkami wody na treningach — to nigdy nie popatrzyłam na nich poprzez pryzmat sukcesów czy popularności. Byłam przyzwyczajona do ludzi takich jak oni, bo często spotykałam ich na przeróżnych akcjach dobroczynnych, na które targał mnie mój tata. Tyle że akurat Real Madryt zdołałam poznać od „kuchni” i dlatego stali się dla mnie zwyczajnymi, chociaż nadal piekielnie przystojnymi, facetami. 
Być może to nie było dla mnie takie istotne, mimo że miliony ludzi najchętniej dałoby się pokroić, żeby zająć moje miejsce; może te tragedie, które się skumulowały i zaczęły wybuchać jedna po drugiej, sprawiły, że to było ostatnie, o co przyszło mi się martwić. Wtedy. 
Ale tak, dawniej to nie leżało w zakresie moich zmartwień. Nikt z nich nie wypytywał mnie o plany na przyszłość ani o to, co robiłam dotychczas, przed przeprowadzką, bo moi rodzice zginęli w tragicznym wypadku w górach i zostałam zmuszona do zamieszkania w Hiszpanii, i najprawdopodobniej wszyscy jednogłośnie zdecydowali, że nie będą mnie bardziej dobijać. 
Tym razem było jednak inaczej i może, pomiędzy kondolencjami z powodu straty Evelyn czy usprawiedliwianiem nieobecności na stypie (jakby ktoś się ośmielił…), padłoby pytanie:
— Carter, co ciekawego porabiałaś w Londynie? 
I tuż po tym, jak ten, kto spytał, wysłuchałby mojej odpowiedzi, sam pochwaliłby się, jak wielkie sukcesy zdołał odnieść, gdy mnie nie było. 
Świrowałam i to dlatego wymyślałam te kretyńskie scenariusze. Oczywiście, że żaden z nich nie mógł się ziścić, bo, po pierwsze, prawie wszyscy wciąż byli na mnie wściekli, a ten brunch był ustawiony wyłącznie po to, żeby Xabi i Sergio mieli szansę wygarnąć mi całe zło, które im wyrządziłam, i w końcu przestać o mnie rozmawiać w szatni. Ostatnią rzeczą, o jaką ktokolwiek by zapytał to to, co robiłam po wyjeździe z Madrytu.
Po drugie — nikt z nich nigdy nie był chwalipiętą, więc nie mogliby sprawić, że poczułabym się jeszcze gorzej, gdyby zaczęli się przechwalać i gdybym faktycznie miała świadomość sukcesów na ich koncie. I po trzecie: nikogo już nie obchodziły moje uczucia, co akurat nieszczególnie mnie dziwiło. 
Ale jeśli… ktoś by jednak ośmielił się spytać… jak brzmiałaby moja odpowiedź? „Cóż, sprzedałam rodzinny dom i liczby na moim koncie w banku poszły znacząco w górę, o których przez większość czasu nie myślę, bo mnie przerażają. Chodzę do setki terapeutów i są tak bardzo do bani, że stworzyłam nawet ich ranking, żeby wyłonić zwycięzcę w konkursie na najdurniejszego psychiatrę. Troy został moim kolegą i to jemu zazwyczaj na nich narzekam. Nie mam pracy ani hobby, nie studiuję i właśnie pochowałam swoją babkę, ostatnią żyjącą krewną, i tę, na której stypę nie przyszliście, bo mnie nienawidzicie”? 
Te wszystkie rewelacje nie były czymś, czym warto było się chwalić, jeśli chciało się wypaść w dobrym świetle przed dawnymi znajomymi. Raczej tylko robiły ze mnie ofiarę i wymuszały współczucie. 
Poza tym, okej, Cristiano powiedział, że nie pojawili się na stypie, bo akurat wtedy grali mecz, ale to nie tak, że miałam stuprocentową pewność, że nie zmyślał. Jeśli sprawdziłabym, czy mówił prawdę, istniały dwie opcje: albo odkryłabym, że skłamał, żebym przyszła na brunch albo był zwyczajnie szczery i próbował chociaż trochę mnie udobruchać (przynajmniej mogłam tak to sobie tłumaczyć). Nie zrobiłam jednak tego, bo nie potrafiłam zaryzykować i przekonać się, jak było naprawdę. 
Gdybym jednak zaryzykowała na brunchu i zaserwowała taką odpowiedź na pytanie, co robiłam przez bite dwa lata, ktoś, niech będzie Cristiano, bo zapewne to on będzie jedyną osobą tam, która się do mnie odezwie, mógłby to krótko skwitować: 
— Fajnie. My wygraliśmy Ligę Mistrzów i zdobyłem Złotą Piłkę. 
Wniosek był prosty: to, ten brunch, po prostu nie mogło się udać. 
Troy przekręcił się na bok w moją stronę, zrzucając przy okazji koc, pod którym leżał, i został w samych bokserkach. Zaczęłam się w niego uparcie wpatrywać z nadzieją, że nie miał na tyle mocnego snu, żeby tego nie poczuć i obudziłby się. Krępowało mnie, że leżał przy mnie prawie że nagi, dlatego za wszelką cenę nie chciałam go szturchać, bo wtedy musiałabym go dotknąć i to mogłoby się źle skończyć. Ta myśl zawitała mi w głowie całkowicie przypadkiem i tym bardziej nie zamierzałam tego robić, nawet jakbym w ręce trzymała dwumetrowy kij. 
No i prawdopodobnie nie chciałby ze mną gadać, gdybym go waliła kijem po nogach. 
— Wbrew temu, czego się naoglądałaś w serialach, takie gapienie się na faceta wcale nie jest słodkie ani romantyczne — wymamrotał w końcu bardziej do poduszki niż do mnie. 
— Wiem, bo takie właśnie ma być — powiedziałam i położyłam dłonie pod głowę. — Leżysz w samych bokserkach i potrzebuję pogadać. 
— Seriooo? Przecież widziałaś mnie już nago, ale i tak ci przeszkadza to, w czym śpię? 
— Wtedy nie byliśmy razem w łóżku — zarumieniłam się tak bardzo, że policzki zaczynały mnie piec. To było kolejne z mojej kolekcji żenujących wspomnień, które pragnęłam wymazać z pamięci: gdy weszłam do mieszkania Troy'a bez pukania i zobaczyłam go kompletnie nagiego, jak stał w kuchni i robił sobie kawę. To znaczy… kto o zdrowych zmysłach robił sobie kawę na golasa? — Troy, ja nie mogę tam pójść. 
— Ale musisz — zgasił mnie, domyślając się, do czego piłam. 
— Ale nie mo… 
— Będę tam, pasuje? — przerwał mi w pół słowa, nie otwierając nawet oczu, by na mnie spojrzeć. — Będę stał metr od ciebie. Jeśli dostaniesz ataku paniki, dasz mi jakikolwiek znak i automatycznie cię stamtąd zabiorę. Jeśli nie, będziesz tam stać i jeśli ktoś zacznie na ciebie krzyczeć, to grzecznie tego wysłuchasz, bo tylko tyle cię dzieli od tego, żeby wreszcie puścić sprawę w niepamięć i ruszyć dalej. A jeśli się ze wszystkimi pogodzisz, to mnie przedstawisz, bo wiesz, że jestem fanem Realu. 
— I poznanie ich to twój priorytet — zakpiłam, zła i jednocześnie wdzięczna za to, że się ze mną nie cackał. Mimo wszystko planował mnie wspierać, w specyficzny sposób, ale i tak umiałam to docenić. 
— Należy mi się coś za taką okropną znajomość z tobą — jego głos dobitnie podkreślił, że Troy właśnie kończył tę dyskusję, która nie pozwalała mu wrócić do spania. 
Odwróciłam się do niego plecami, podciągając koc pod samą brodę. Chwilę później, bardzo krótką, poczułam dłoń Troy'a na biodrze, a następnie przyciągnął mnie z całej siły do swojego twardego torsu. Jego ciepły oddech łaskotał mnie w odkryte ucho, ale byłam zbyt zirytowana jego ostatnimi słowami, żeby zacząć przejmować się tym, co wyprawiał, mimo że normalnie czułabym się zażenowana i uznała, że przekraczał granicę, której i tak nigdy nie wyznaczyliśmy. 
W końcu sama go wpuściłam do swojego łóżka, kiedy mogłam go wygonić na niewygodną kanapę w salonie. 
— Będę tam z tobą, Carter — szepnął mi do ucha na dobranoc. 
Resztę nocy przespałam w jego ramionach, marząc o tym, żeby leżeć u boku Xabiego, czego rano miałam nadzieję nie pamiętać. 

*

Tak długo myślałam o tym całym brunchu, o jego jasnych i ciemnych stronach, że w pewnym momencie zaczynał przestawać być prawdziwy i uznałam swoje zamartwianie się za bezsensowne. Koniec końców, nie mogłam przecież przejmować się czymś, co i tak miało się nigdy nie wydarzyć; tymi wszystkimi czarnymi scenariuszami, które wytworzyła moja wybujała wyobraźnia. 
Dopiero, gdy od południa dzieliła mnie już tylko godzina, stwierdziłam, że to była najwyższa pora, żeby przezwyciężyć swoje lęki, przez które nie mogłam po nocach spać. Musiałam ubrać spodnie i pojechać do Celicioso
Postawiłam na pozytywne nastawienie. Przestałam doszukiwać się samych złych rzeczy w zwykłym brunchu tylko dlatego, że był zorganizowany przez piłkarzy Realu; zamiast tego zaczęłam myśleć, jak miło, wbrew pozorom, będzie ich wreszcie wszystkich zobaczyć. Nie w gazecie czy w telewizji. Na własne oczy i przekonać się, że wciąż byli prawdziwi. 
Spóźnić też się nie chciałam z obawy, że ktoś zdążyłby uznać, że stchórzyłam, ale było już parę minut po jedenastej. Troy wkładał białą koszulę do ciemnych spodni od garnituru pomiędzy pastowaniem swoich najlepszych butów a myciem zębów. Ja w jasnych, podwiniętych przy nogawkach, dżinsach i czarnym biustonoszu stałam przed lustrem w łazience i malowałam usta krwistoczerwoną szminką, drugą ręką szukając eyelinera w kosmetyczce. 
— Taksówka będzie za pięć minut — oznajmił Troy, wchodząc do łazienki. Wypłukał zęby, odłożył szczoteczkę na miejsce i gdy wycierał twarz ręcznikiem, przyjrzał mi się uważnie a raczej moim ustom, i po krótkim milczeniu odważył się zapytać: — Czy ty zamierzasz uwieść któregoś ze swoich byłych? 
— Aleś ty zabawny — rzuciłam z ironią i zamknęłam wieczko szminki, które brzdęknęło. Wyciągnęłam eyeliner, żeby podkreślić swoje brązowe oczy i odwrócić nim uwagę od faktu, że przez ponad pół nocy nie zmrużyłam oka. — Jest tylko jeden były, a to zwykły makijaż, nic specjalnego. 
— Nie dla ciebie, bo ty rzadko kiedy się tak malujesz… — powiedział z przekąsem, ciągle nie spuszczając ze mnie wzroku. Widziałam to w lustrze, bo Troy stał za mną, oparty o framugę drzwi z rękami schowanymi w kieszeniach spodni. — Ten twój jeden były lubił taki wyzywający make-up? 
Kiedy skończyłam malować oczy, schowałam eyeliner i szminkę do kosmetyczki. Złapałam za czarną, prześwitującą koszulę, która wisiała na wieszaku na ręczniki i powoli zaczęłam zapinać guziki, starając się żadnego nie pominąć. 
— Pomaluję się od święta, a ty robisz z tego wielką zbrodnię, jakbym ci co najmniej kota zabiła — broniłam się przed jego zarzutami, które były wręcz śmieszne. Troy uniósł tylko wysoko brwi do góry. 
— No, bo nie wmówisz mi, że nie robisz tego dla swojego byłego… 
— To tylko szminka, Troy — przerwałam mu. Nie miałam już czasu na wysłuchiwanie jego pretensji. — Wcześniej nie było zbyt wielu okazji, żeby wyglądać jak człowiek, więc chyba dobrze, że wreszcie jakąś znalazłam, tak? Więc czemu się czepiasz o Xabiego, że to dla niego to robię? Czy ty jesteś zazdrosny? 
— Pieprzenie — prychnął i obrócił się na pięcie. — Musimy się pospieszyć, jeśli tak strasznie nie chcesz się spóźnić… 
Dalszych słów nie usłyszałam, bo zniknął wśród tych długich korytarzy, a wcale głośno nie mówił.
Troy nie miał prawa być o mnie zazdrosny. Wciąż nie wiedziałam, kim dla mnie był lub nie potrafiłam tego określić, oprócz tego, że im dłużej byliśmy w Madrycie, tym bardziej stawał się na tym punkcie uszczypliwy, mimo że nie posiadał logicznego powodu, żeby się mnie o to czepiać. Zwłaszcza że jeszcze sam w nocy zachęcał mnie, żeby pójść na brunch i zamknąć sprawę przeszłości, jakby wierzył, że tyle właśnie dzieli mnie od pójścia naprzód. 
Najwyraźniej z nim, naturalnie.
Czasem nawet widziałam w Troy'u drugiego Ramosa. Raz był wspierającym przyjacielem, z którym uwielbiałam godzinami rozmawiać, bo nie osądzał mnie za moje decyzje czy za to, co robiłam; za chwilę natomiast stawał się trudnym do zniesienia dupkiem, który krytykował każdy mój wybór, gdy tylko nadarzała się okazja. Szczególnie, gdy rozchodziło się o Xabiego. 
Jakby to było moim przestępstwem, że w ciągu dwóch lat nie zapomniałam o nim, mimo że on wrócił do Nagore i sprawił jej trzecie dziecko. 
Teraz jednak nie miałam zbyt wiele czasu, żeby się w tę sprawę zagłębiać. Przeczesałam włosy palcami i przerzuciłam je sobie przez ramiona; po drodze do wyjścia zaczęłam ubierać szare trampki, które złapałam, kiedy wyszłam z łazienki, bo leżały najbliżej.
Troy czekał już na mnie przy drzwiach. Chwyciłam jeszcze portfel i telefon z szafki w przedpokoju i nareszcie byłam gotowa. 
— Żeby było jasne, zanim ruszymy w drogę… To uwodzenie jest bzdurą — powiedziałam, nawiązując do naszej rozmowy, gdy ustąpił mi przejścia, żebym mogła wyjść z domu pierwsza. 
— Carter, jakie ty masz o mnie zdanie? — odparł, zamykając drzwi na klucz i ruszył za mną w stronę taksówki, która stała przed bramą. — Myślisz, że nie znam kobiecych sztuczek na usidlenie faceta? Sądzisz, że żadna mnie nigdy nie uwodziła? 
Usłyszałam wyrzut w jego głosie. 
Ale nie taki, jakby wyrzucał mi, że nie potrafiłam uwierzyć w możliwość, że na świecie były kobiety, które go uwiodły lub przynajmniej próbowały uwieść. Troy był naprawdę przystojny i byłam stuprocentowo pewna, że niejedna się o niego zabijała i mógł przebierać wśród nich. Sam jednak nigdy nie mówił o swoich eks; miał tyle lat, co Xabi, więc nie zdziwiłabym się zbytnio, gdyby któregoś dnia na wierzch wypłynęła jego żona lub piątka dzieci, o których nie wiedział albo wręcz przeciwnie. 
To był taki wyrzut za to, że ja w ogóle chciałam uwodzić. I to kogoś, kto nie był nim. 
Z ręką na sercu — nie leżało to w moich intencjach, to całe uwodzenie. To, że dzisiaj mocniej podkreśliłam oczy eyelinerem czy pomalowałam usta szminką, co przez ostatnie dwa lata naprawdę rzadko robiłam, wcale o tym nie świadczyło. 
Po prostu nie miałam nic do powiedzenia na swoją obronę. Jakiegoś wytłumaczenia albo przeprosin, bo cały czas byłam zbyt zajęta przejmowaniem się, że wszyscy mnie nienawidzili i marzyli, żebym umarła. W środku byłam cała przestraszona spotkaniem z nimi, mimo to chciałam ten strach zignorować i dlatego postawiłam na wygląd zewnętrzny. Nikt nie zwróciłby na mnie uwagi, na to, co przeżyłam wewnątrz, jeśli wyglądałam przyzwoicie i nie tak żałośnie jak przez ostatnie dni. Aż dziw, że Cristiano nie uciekł z krzykiem, gdy mnie wczoraj zobaczył. 
Troy więc, po tym wszystkim, co o mnie wiedział, powinien i wiedzieć to, i nie wysuwać żadnych absurdalnych wniosków, że w mojej głowie w ogóle było miejsce, żeby myśleć o uwodzeniu Xabiego. Bo naprawdę nie było. Może kiedyś tak, ale teraz na pewno nie. 
Całą drogę do Celicioso przemilczeliśmy. Siedzieliśmy po swoich stronach, wyglądając przez okno; Troy nerwowo tupał nogą, co oznaczało, że był na mnie wściekły, nawet jeśli nie miał logicznego powodu, oprócz tego, co sobie wymyślił w głowie. 
Przed południem Madryt już tętnił życiem. Nie było jednak wielkich korków, na światłach staliśmy krótką chwilę, podczas której udawało mi się przeczytać bilbordy; kiedy przemierzaliśmy ulice, nie mogłam przestać zachwycać się tym miastem. Oglądałam się za każdą galerią, restauracją czy budynkiem, myślałam o ludziach, którzy gnali przed siebie, mając jakiś cel, do którego musieli dotrzeć. Czułam się inaczej niż jak jeździłam po Londynie — tam przez większość czasu padał deszcz i ludzie chodzili zirytowani; tu byli uśmiechnięci, nawet jeśli spóźnieni, to i tak starali się patrzeć na życie optymistycznie. 
Tak samo było, kiedy się przeprowadziłam do Madrytu, i ucieszyłam się w duchu, że chociaż ta jedna rzecz się nie zmieniła. 
Taksówkarz wysadził nas przy uliczce, wzdłuż której znajdowała się restauracja. Zanim uregulowałam rachunek, Troy zdążył ze wściekłością, nadal nieuzasadnioną, wyjść z samochodu. Ignorując go, podziękowałam kierowcy, i wyszłam na świeże powietrze. 
Nie było upału. Słońce świeciło i grzało mnie przyjemnie w twarz, gdy podniosłam głowę do góry, żeby spojrzeć na bezchmurne niebo, a lekki podmuch wiatru natychmiast ochładzał, ale nie było duszno. Pogoda idealna na spotkanie z przeszłością. 
Na szczęście albo nieszczęście Troy zdecydował się na mnie poczekać. Tak więc razem, krok w krok, ruszyliśmy w stronę Celicioso. Wyglądałam za jakąkolwiek znajomą twarzą przed budynkiem restauracji, ale nikogo nie zobaczyłam, mimo że udało nam się dotrzeć na minutę przed południem. Najwyraźniej wszyscy byli w środku albo w ogóle nie przyszli i na tę myśl moje serce zaczęło bić szybciej. 
Gdy stanęłam wreszcie przed drzwiami i wystarczyło pociągnąć je do siebie, Troy wciąż nie powiedział słowa, ale złapał mnie za rękę, mocno ją ścisnął i od razu puścił.
Wzięłam głęboki oddech, żeby moje serce trochę się uspokoiło, i weszłam do środka. 
Wszyscy już na mnie czekali.