20 czerwca 2014

2. Jeden plus jeden równa się dwa

Dlaczego Cristiano? 
Nie mogłam zaprzeczyć, że faktycznie tliła się we mnie nadzieja, że za drzwiami zobaczę Xabiego, choć próbowałam samą siebie oszukać, że to nieprawda. Wiedziałam w końcu, że to nie miało żadnego sensu, bo przecież on nawet nie zamierzał mnie oglądać — gdyby było inaczej to by przyszedł na stypę po Evelyn. Ale jeśli już ktokolwiek miałby zaszczycać mnie swoim przyjściem, prędzej obstawiałabym Ikera niż Cristiano. 
Dlaczego więc on? 
Nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi, o ile w ogóle. Co prawda, dwa lata temu mieszkał po sąsiedzku kilka domów dalej, ale pod moją nieobecność zdążył się przeprowadzić do zupełnie innej okolicy w zupełnie innej części Madrytu. Dotarcie na to osiedle udałoby mu się tylko, gdyby wziął samochód, ale wtedy nie wyglądałby, jakby przebiegł spory kawał drogi i jakby wiele go kosztowało zobaczenie się ze mną. Im dłużej mu się przyglądałam, tym bardziej nie dawała mi spokoju myśl, że robił to wbrew komuś, ale mogłam się mylić. Nawet chciałam się mylić. 
Po co więc to robił? Nie utrzymywaliśmy kontaktu (oczywiście, że z mojej winy), odkąd wyjechałam. Musiało upłynąć sporo czasu, zanim uświadomiłam sobie, jak bardzo swoim wyjazdem zraniłam Xabiego i Ramosa, a zanim to się stało, byłam święcie przekonana, że wyświadczałam im wielką przysługę. Dopóki Cristiano nie stanął w moich drzwiach i nie spojrzał na mnie z żalem, nie dopuszczałam do siebie faktu, że w rzeczywistości skrzywdziłam o wiele więcej osób. W tym także Evelyn. 
Ta myśl była wręcz abstrakcyjna, ale i takie wpadały mi do głowy. 
— Cristiano? — wydusiłam z siebie jego imię, kiedy szok na jego widok znacząco zmalał. Moje drugie pytanie było idiotyczne. — Co ty tu robisz o tak późnej porze? 
— Nie wpuścisz mnie do środka? — spytał z lekką kpiną w głosie. Od razu pomyślałam o Troy'u, który siedział w kuchni i o tym, jak bardzo nie chciałam, by usłyszał tę rozmowę. W innym wypadku znalazłby kolejny pretekst, żeby drążyć moją przeszłość.
— Jest ktoś u mnie — wyjaśniłam, jednocześnie starając się, by głos mi nie drżał. Cristiano prychnął i odwrócił się w stronę ogrodu, a ja automatycznie ruszyłam za nim. 
Był ubrany w ciemne szorty i biały podkoszulek, który wręcz dosadnie podkreślał jego mięśnie. Włosy miał zmierzwione i mokre, ale nie umiałam stwierdzić, czy od potu czy po prostu nie wysuszył ich przed wyjściem. Szłam za nim wybrukowaną ścieżką, przy której zapalały się światła i gasły, kiedy już je minęliśmy, i wpatrywałam się w plecy Cristiano. Wydawał mi się naprawdę wysoki na tle tych świateł i pełni księżyca. Zraszacze były włączone i chlapały nas po odkrytych łydkach.
— Cokolwiek masz mi do powiedzenia, nie chcę, żeby on to usłyszał — wytłumaczyłam się, chociaż, to jasne, nie musiałam. Cristiano jednak nie powiedział ani słowa, więc dodałam: — Wolałabym, żeby to zostało między nami. 
— Masz sekrety przed swoim chłopakiem? — znów usłyszałam kpinę w jego głosie, ale nawet się do mnie nie odwrócił, nie spojrzał na mnie. 
— To nie jest mój chłopak — zaprzeczyłam. 
— Dobra, słuchaj… — Cristiano obrócił się tak szybko, że nie zdążyłam się zorientować, co w ogóle zamierzał zrobić, więc w niego uderzyłam. Jego klatka piersiowa była okropnie twarda, ale był na tyle uprzejmy, żeby złapać mnie za ramiona i nie pozwolić mi upaść. — Nie przyjechałem, żeby cię umoralniać czy coś takiego. Masz prawo sobie kogoś zna… 
— On nie jest moim chłopakiem — powtórzyłam i zacisnęłam zęby, poirytowana, że nie dotarło to do niego za pierwszym razem. Cristiano mnie zignorował i zaprowadził na najbliższą ławkę, a gdy usiadłam, spojrzałam na niego z wyrzutem. — Powiedziałeś, że musimy porozmawiać. O czym? O tym, czy mam kogoś czy nie? Przyjechałeś na zwiady?
On także na mnie spojrzał. Z żalem, znowu. 
Jeśli Cristiano, z którym nie byłam nadzwyczaj blisko, tak na mnie patrzył, w takim razie, jak patrzyłby Xabi? Z nienawiścią? Pogardą? Gniewem? Jakby chciał mnie udusić?
Żołądek podchodził mi do gardła na samą myśl o tym. 
— W naszej szatni od tygodnia mówi się tylko o tobie — powiedział już normalnym głosem. Nie słyszałam w nim niczego szczególnego, ale żal z oczu nie znikał. — Idzie zwariować. 
— Może to dlatego, że wszyscy mają do mnie pretensje, że nie mogli się pożegnać z Evelyn. — Za wszelką cenę starałam się udawać, że to nie robiło na mnie żadnego wrażenia, gdy tak na dobrą sprawę niewiele brakowało do tego, aby serce wyskoczyło mi z klatki piersiowej. — Cris, Evelyn zrobiła listę gości miesiące przed swoją śmiercią. Zaprosiła drużynę, obecną i tych, którzy już odeszli, i nikt się nie pojawił. Jeśli chcesz mi powiedzieć, że nie przeze mnie, zaśmieję ci się w twarz.
— Drużyna ciągle się zmienia, Carter. Ludzie przychodzą i odchodzą; nic nie jest takie, jak wtedy, kiedy się tu sprowadziłaś. Nie jest… łatwo. 
— Nie, nie jest. Ale ci, których potrzebowałam, nadal tu są. Ty tu jesteś. 
— A gdzie ty byłaś, kiedy oni cię potrzebowali? — odpowiedział pytaniem, ale chcąc mi jedynie zwrócić uwagę. 
„Oni”. Xabi i Ramos. 
To było żałosne. Ja byłam żałosna, mając do nich pretensje o to, że nie przyszli na pogrzeb Evelyn, bo nie potrafili na mnie patrzeć, bo byłam dla nich odrażająca. Uzmysłowiłam sobie, że po moim wyjeździe dni w Madrycie były jak ta stypa: czekali, by mnie zobaczyć, ale tak się nie działo. 
Za moimi intencjami nie kryła się chęć namieszania między nimi, ani wtedy ani teraz, ale i tak to zrobiłam, więc dlaczego nie mogło się tak znowu stać? Sam mój widok mógł wszystko popsuć, a tego nikt nie chciał, zwłaszcza oni. Zdążyli ułożyć sobie życie i być szczęśliwi, i dramat z moim głównym udziałem nie był im potrzebny. 
Ale może on już trwał. W końcu nie wiedzieli, ile czasu planowałam spędzić w Madrycie i kiedy wyjechać; kto wie, czy nie bali się na mnie wpaść w supermarkecie? Sama się tego obawiałam, że aż starałam się jak najrzadziej wychodzić z domu i to w porach, w których miałam pewność, że ich nie spotkam. 
Czasem chciało mi się z tego śmiać, prawdę mówiąc. Niespełna dwa lata temu byliśmy nierozłączni, a dziś robiliśmy wszystko, by tylko siebie nie spotkać. 
— Carter, nie przyjechałem, żeby roztrząsać waszą przeszłość, bo to nie mój interes — powiedział, kiedy ja nie mówiłam nic. — O mało mnie nie zlinczowali, kiedy zgłosiłem się na ochotnika, żeby się z tobą spotkać. 
— Dlaczego to zrobiłeś? 
Usiadł obok mnie na ławce i wzruszył ramionami. 
— Nie było cię przez dwa lata, Carter, to sporo czasu — gdy podniosłam głowę, by na niego popatrzeć, uśmiechnął się do mnie. Ten uśmiech odciągnął mnie od żalu w jego spojrzeniu. — Nie masz pojęcia, jakie bagno za sobą zostawiłaś, ale ja tak. Byłem tu każdego dnia, codziennie patrzyłem na to, co dzieje się w drużynie, na boisku i w szatni. Długo nam zajęło wrócenie do świetności, długo im zeszło, żeby znowu być najlepszymi przyjaciółmi. Ramos założył rodzinę, Alonso spróbował odbudować swoją, choć nigdy nie chciał tego zrobić… To wszystko wymagało czasu, ale… 
— Czekaj — przerwałam mu. — Xabi nie chciał wrócić do Nagore? To dlaczego to zrobił? 
Nie znałam przyczyny, ale rozmowa z Cristiano powoli sprawiała, że zaczynałam czuć się dobrze. Nie czułam tego od długiego czasu, nie w Londynie. Rozmowa z psychologiem lub z Troy'em nie była tym samym, czym rozmowa z kimś, kto aktualnie na co dzień przebywał z ludźmi, którzy mnie obchodzili; z kimś, kto mógł wyjawić mi prawdę, zamiast karmić mnie tymi psychologicznymi bzdurami. 
Nie powinnam tego mówić, ale… byłam w domu. 
Byłam w Madrycie. 
— A bo ja wiem? Może z powodu dzieci… — Uniosłam brwi wysoko do góry, bo dosłownie chwilę temu był przekonany, że Xabi wcale nie chciał wracać do Nagore. — Powiedziałem, że tego nie chciał, bo to było po nim widać. Wszyscy to widzieli, pewnie ona też. Ale nigdy nie powiedział, dlaczego to zrobił, przynajmniej nie mnie. Może przestał na ciebie czekać, może Nagore była wygodną opcją. Obie go zraniłyście, ale ona wciąż jest matką jego dzieci. 
— A dla Xabiego rodzina zawsze była najważniejsza — mruknęłam bardziej do siebie, pozwalając, aby te wszystkie lęki znowu mnie ogarnęły, jak wtedy, gdy z nim byłam. Cristiano to zauważył, bo dodał: 
— Ty wciąż to samo, daj spokój. Nie rozumiem cię, czego ty się bałaś? Że cię dla niej zostawi, bo mają dzieci, których nawet nigdy nie poznałaś? Irina też nie jest matką mojego syna, ale nie wyobrażam sobie, że mielibyśmy się rozstać z tak durnego powodu.
— Nie jesteś od niej starszy o dwanaście lat. Ona nie jest kolejnym dzieckiem, którym musisz się opiekować. 
— Wmawiasz sobie coś idiotycznego! — Cristiano niemalże to wykrzyczał. — Alonso nigdy tak na ciebie patrzył, nie patrzył na ciebie jak na potencjalną matkę jego dzieci. On cię kochał. Czy ty go nie kochałaś? Czy chodziło o Ramosa?
— To o tym chciałeś rozmawiać? — zagryzłam dolną wargę, gdy niespodziewanie łzy napłynęły mi do oczu, a ja nie chciałam pozwolić, żeby z nich uciekły. — O tym, jak to wszystko zrujnowałam? 
— Mówiłem, że nie. Przyjechałem cię, powiedzmy, przepytać. 
Powiedział to żartobliwie, ale jedynie prychnęłam. 
To był długi czas, nie mogłam zaprzeczyć, ale nigdy nie wyznałam przed samą sobą, czemu wyszło tak, jak wyszło. Wydawało mi się, jakby wszyscy wokół mnie to wiedzieli, jakby rzucali mi prawdą prosto w twarz i doprowadzali do łez, ale ja sama nie potrafiłam jej do siebie dopuścić. 
Byłam tego dnia w sądzie, kiedy Xabi rozwodził się z Nagore. Nie pamiętałam wtedy, że spotkaliśmy się wcześniej i bladego pojęcia nie miałam, że mieliśmy spotkać się później, ale gdy widziałam, jak na nią patrzył, pragnęłam, by mnie nigdy nie obdarzył takim spojrzeniem. Nienawidził jej, bo nie dość, że go regularnie zdradzała z facetem, z którym chciała stworzyć szczęśliwą rodzinę i oszustem, który brał udział w zabójstwie moich rodziców, to po wszystkim zabierała mu dzieci. Wpatrywał się w nią z pogardą, ze złością, wykreślił ją ze swojego życia i nie zamierzał jej wybaczać. 
Ale pół roku później byłam też na weselu Ikera i Sary, i widziałam, że z czasem te negatywne uczucia Xabiego wobec Nagore zaczynały zanikać. Nie patrzył na nią z miłością, jak na mnie, ale przyjaźnie i ciepło, co wywoływało moją zazdrość i moją niepewność.  
Słusznie się obawiałam, bo, koniec końców, nienawiść zniknęła. Prawdopodobnie mógł znowu ją pokochać, a samo to, że mieli dzieci, tylko ich do siebie popychało; popychało do tego, żeby żyć ze sobą w zgodzie, przypomnieć sobie te wszystkie wspólne chwile, ożywić dawne uczucia. Nie przestawałam się czuć, jakbym to ja stawała im na drodze, jakbym to ja odbierała ich dzieciom rodzinę. Nie mogłam ich poznać, bo nie chciałam, żeby widziały we mnie dziewczynę taty, która niszczyła rodzinę albo żeby mnie polubili i cierpieli, kiedy bym odeszła. 
Ramos, kuszący tą swoją nieodpowiedzialnością i czystym kontem, co wydawało się takie atrakcyjne dla dziewiętnastolatki, też mi nie pomagał. Do dzisiaj nie stwierdziłam, czy i on nie sprawiał, że byłam niespokojna przez te jego amatorskie „intrygi”, ale wiedziałam jedną rzecz. 
Kogo kochałam a w kim byłam zakochana. 
— Zatem pytaj — powiedziałam. 
Spojrzeliśmy na siebie. Oczy wciąż miałam zaszklone, czułam to, ale nie płakałam, co przyjęłam z ogromną ulgą. Za to wyraz twarzy Cristiano złagodniał i nie dbałam, czy z litości czy nie, bo od razu było mi lepiej, gdy nie patrzył na mnie, jakbym popełniła wielką zbrodnię całemu światu. 
Jego światu. 
— Zostaniesz w Madrycie? — zapytał. 
Odpowiedź była jasna jak słońce: nie. Nie zostanę. 
I otworzyłam usta, żeby to zdecydowanie powiedzieć, ale nic z nich nie wyszło. Tak po prostu. Nie byłam w stanie nic z siebie wydusić. Próbowałam kilka razy wykrzyczeć to cholerne „nie”, ale moje starania na nic się nie zdały. 
Było to przezabawne, bo nie zamierzałam zostawać w Madrycie. To fakt. Nie chciałam nawet tego robić. To dlatego zadzwoniłam po Troy'a, żeby zajął się sprzedażą domu, ostatnim żyjącym wspomnieniem, i tuż po tym wracałam do Londynu, i zapominałam. Miało to się stać najpóźniej pod koniec tygodnia. 
Ale mój mózg uważał inaczej, najwyraźniej. 
Uważał, że zostanę. 
— Chciałabym powiedzieć, że nie — udało mi się w końcu odpowiedzieć. — Ale nie mogę. Nie dlatego, że nie chcę, nie mogę tego powiedzieć. 
— Spokojnie, Carter — powiedział Cristiano łagodnie. — Wróciłaś, to jasne, że będzie ciężko ci znowu wyjechać, jeszcze nie spotykając się z sama wiesz kim. 
— Nie chcę… 
— Wiem, oni też nie chcą — wyglądał na rozbawionego tym. — Ciągle to powtarzają, bez powodu. Na przykład, dzisiaj chciałem pożyczyć od Ramosa dezodorant, bo mój się skończył, a on automatycznie zaczął krzyczeć: „Ronaldo, zamknij się, nie chcę widzieć Carter!”. Na treningu zapytałem Alonsa, jak tam mała Emma, na co on: „Czemu wciąż o nią pytasz, nie obchodzi mnie, że jest w Madrycie”. 
Oboje zaczęliśmy się śmiać. Nic nie mogłam na to poradzić, ale to było zabawne.
Wyobraziłam sobie, jak Sergio ze złością rzuca w Cristiano dezodorantem i krzyczy coś w rodzaju, jak mu zmarnowałam życie i że nie chce na mnie nawet patrzeć. Albo Xabi, który, jak to on, wszystko chowa w sobie i mówi cokolwiek, byle tylko się od niego odczepić. Obaj byli na mnie wściekli i czuli do mnie ogromny żal, ale Ronaldo opowiadał o nich tak, że tego nie odczuwałam. Przedstawił to w zabawny sposób, dzięki czemu mój niepokój malał. 
Znalazłam nadzieję. Wiecie. Że nie wszystko było skreślone. 
Nie że chcieliby mnie z powrotem w swoim życiu. Ale że nie zamierzali mnie nienawidzić do końca świata i dłużej. 
Być może ta nadzieja była naiwna, podobnie jak ta, którą czułam, kiedy wcześniej otwierałam drzwi, ale była i starałam się jej trzymać. 
— Po tygodniu takich akcji każdy by miał dość — ciągnął Cristiano, a ta rozmowa wreszcie przestawała być niezręczna i stawała się przyjemna. — Ktoś musiał się z tobą spotkać i zapytać o twoje zamiary, dla dobra drużyny. 
— Spodziewałam się Ikera dla takich interwencji… 
— Cóż, Iker jest jeszcze trochę zły o swoje wesele. Jego dwóch najlepszych przyjaciół się pobiło, bo o mało nie przespałaś się z Ramosem, a potem uciekłaś. Każdy by był zły, więc nie ma się co przejmować. 
Zarumieniłam się. To, co zrobiłam na weselu Sary i Ikera, było wstydliwe i idiotyczne, a Cristiano mówił o tym, jakby to było nic takiego. Ot, zwykła anegdotka ze ślubu kumpla z drużyny.
— Ale nieważne. Ja zgłosiłem się na ochotnika, żeby się z tobą spotkać — powiedział, wyraźnie zadowolony z siebie. — Tak, jak mówiłem, by cię przepytać, zanim… 
— Zanim co? — ponagliłam go, gdy urwał w pół słowa. 
— Zanim zaproszę cię na ustawiony brunch. 
Przysięgam, w tamtej właśnie chwili moje serce zamarło. 
— Xabi i Ramos nie mają o tym pojęcia, to Marcelo zaproponował. Wszyscy wiemy, że nie zamkną się, dopóki cię nie zobaczą albo to tylko sprawi, że będą gorsi niż zwykle, ale niech będzie. Po prostu uważamy, że jest wam to potrzebne. 
— Cris… 
— Nie. Żadne „Cris” — przestał się uśmiechać, domyślając się, że zamierzałam odmówić. — Dwa lata temu wyjechałaś bez słowa, bo to, bo tamto. Drużyna nam się o mało przez to nie rozpadła i to samo dzieje się teraz, i to tylko z samej świadomości, że jesteś w tym samym mieście, co oni. Jesteś starsza, uczysz się na błędach, więc pewnie też mądrzejsza. Musisz się z nimi spotkać. 
— Przy całej drużynie? Która będzie na mnie patrzeć jak na Judasza i wytykać palcami? — pokręciłam głową. — To nie przejdzie. 
— Boisz się, że cię będą osądzać? — Cristiano uniósł wysoko brwi, nie ukrywając swojego zaskoczenia? Czy może tego, że miał mnie za idiotkę? — Carter, oni już to zrobili. 
Co racja, to racja. 
Real Madryt był mi naprawdę bliski, a ja ich wszystkich potraktowałam, jakby byli przelotną rzeczą w moim życiu, o której uczucia nie muszę się martwić. Przez cały ten czas bałam się, okropnie się bałam, że jak mnie tylko spotkają, to mnie ukrzyżują za to, co zrobiłam. Ale Cristiano miał stuprocentową rację — osądzili mnie w dniu wesela. Żeby zmienić ich zdanie, jeśli tego właśnie chciałam, musiałam się pojawić na tym brunchu. 
Musiałam przeprosić. 
Ale tak bardzo przejęłam się, że Cristiano patrzył na mnie z żalem, choć w końcu przestał, gdy nawet nie pokalałam się o głupie „przepraszam”, więc jak poczułabym się, gdyby tak na mnie spojrzał Marcelo, Iker? 
Tylko że to był jedyny sposób, bym pokonała swoje lęki. 
— Poczujesz się lepiej, kiedy będziesz to mieć za sobą — dodał Cristiano i złapał mnie za rękę, którą zacisnęłam w pięść na udzie. — Ja już nie jestem na ciebie zły. Oni też przestaną. 
— Nie jesteś na mnie zły, mimo że nawet cię nie przeprosiłam? 
— Nie przyszedłem po przeprosiny.
— Może ty nie. Ale ci, których jutro zobaczę na brunchu, może będą chcieli, żebym ich przepraszała — nie przestawałam myśleć, jakie to byłoby upokarzające. — Mają do mnie żal, nawet ty masz do mnie żal. 
— Ja? — był szczerze zdziwiony moim wnioskiem. — Opowiadasz głupoty. 
— Nieprawda — zaprzeczyłam i zerwałam się z ławki. — Widziałam, jak na mnie patrzyłeś, odkąd otworzyłam drzwi. Teraz już przestałeś, ale widziałam żal w twoich oczach.
— Carter, uspokój się — Cristiano też wstał i podszedł do mnie. Złapał mnie mocno za ramiona i lekko mną potrząsnął. Potrzebowałam tego, jak się okazało. — Ten brunch nie jest po to, byś czuła presję, ile osób skrzywdziłaś. Jeśli ktoś czuje żal, tak, jak sądzisz, że ja czuję, to tylko z powodu drużyny. Ale wszyscy liczymy, że tym razem postąpisz dojrzale i nie uciekniesz. 
Przyciągnął mnie do siebie i pocałował w czoło. 
— Zrobiło się późno, muszę iść — powiedział i obdarzył mnie ciepłym uśmiechem, który miał mnie zachęcić do podjęcia dobrej decyzji. — Brunch jest jutro o dwunastej w Celicioso
Nie chcąc, bym coś jeszcze powiedziała, zaczął odchodzić w stronę bramy. Patrzyłam na jego oddalającą się sylwetkę, mając pustkę w głowie i nie wiedząc, co robić, kiedy Cristiano zatrzymał się w połowie drogi i obrócił w moją stronę, idąc tyłem. 
— Nie usprawiedliwię wszystkich, którzy nie pojawili się na pogrzebie Evelyn, Carter — rzucił na odchodne. — Niektórzy może nie chcieli spotkać nas a nie ciebie, niektórzy może nie mogli dotrzeć. Nie wiem. Ale wiem, że my, Real Madryt, graliśmy wtedy mecz i żałujemy, że nie mogliśmy pożegnać twojej babki. 
Nie kontrolowałam łez, które spływały mi po policzkach. W tej samej chwili Troy wyszedł z domu, bo najwyraźniej zbyt długo mnie nie było i zaczął się martwić, a widząc, jak Cristiano szedł w stronę bramy wjazdowej, zrobił wielkie oczy i uniósł rękę do góry, żeby wskazać go palcem. 
Na szczęście Ronaldo już go nie zobaczył. 
— To był on? Cristiano Ronaldo? TEN Ronaldo? — Troy nie dowierzał. Szliśmy w swoją stronę, a gdy się spotkaliśmy, spytał troskliwym głosem: — Carter, dobrze się czujesz? Wyglądasz inaczej… Ty płaczesz. 
Płakałam, to prawda.
Ale to dlatego, że czułam się dobrze.