7 maja 2014

1. Demony nie latają

— To trochę niepokojące. 
Troy podał mi puszkę zimnej coli i usiadł obok mnie na kanapie. Salon Evelyn Harvelle pustoszał każdego dnia, co było moją sprawką. Oprócz kominka, w którym Troy rozpalił ogień, i urny z prochami mojej zmarłej babki, stojącej na podłodze pomiędzy kanapą a kominkiem, nie znajdowało się tam nic. Nie było nawet kwiatów ani obrazów na ścianach. 
— Co? — zapytałam, kiedy otworzyłam puszkę i wypiłam parę łyków lodowatego napoju.
Był sierpniowy wieczór i chociaż słońce zdążyło już dawno zajść, powietrze wciąż było ciężkie i duszne. Z powodu upału miałam na sobie tylko czarne spodenki, ledwo zakrywające moje pośladki i obcisły top na ramiączka, a włosy związałam w wysokiego kucyka, żeby nie przyklejały mi się do spoconego ciała; Troy ubrał jasne dżinsy i czerwony T-shirt i w ogóle nie wyglądał, jakby narzekał na ten żar. Sam nawet zaproponował, żeby napalić w kominku. 
Facet był niemożliwy. Całe życie mieszkał w deszczowym Londynie, gdzie taka temperatura powietrza graniczyła z cudem, a mimo to madryckie upały nie robiły na nim żadnego wrażenia.
To — powiedział, kiedy jego puszka brzdęknęła podczas otwierania. — To, że dzwonisz do mnie, żebym przyleciał do Hiszpanii i pogapił się z tobą na złotą urnę. 
— Zadzwoniłam do ciebie, żebyś sprzedał ten dom — zauważyłam, marszcząc czoło i pomachałam ręką, w której trzymałam puszkę coli, tworząc w powietrzu okrąg, by gestykulacją udowodnić, że naprawdę mi o to chodziło. — Nie prosiłam, żebyś dotrzymywał mi towarzystwa.
— Cóż, nie widzieliśmy się przez tydzień — mruknął i spojrzał na mnie. Nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że temu spojrzeniu towarzyszył ten kpiący uśmieszek, przez który odnosiłam wrażenie, że właśnie sobie wyobrażał mnie nago i było to dla niego niezwykle zabawne. — Ale chyba powinienem się obrazić, że zadzwoniłaś dopiero teraz. Dlaczego uznałaś, że łatwiej upora ci się z tym samej? 
— Bo to prawda, Troy. Gdybym była agentem nieruchomości, pozbyłabym się ostatniego wspomnienia po babce, naturalnie oprócz jej prochów, od razu. Ale nie jestem, więc potrzebuję twojej pomocy. 
— To musiał być ogromny szok, kiedy okazało się, że nie jesteś samowystarczalna, hm?
Słyszałam ten niesilący się na dyskrecję wyrzut w jego głosie, ale zdecydowałam się go zignorować. Troy wielokrotnie zarzucał mi, że za bardzo chciałam sobie udowodnić, że nikogo nie potrzebuję i że ze wszystkim sobie doskonale poradzę, więc w końcu przestałam na to zwracać uwagę. Poza tym to nie było całkowicie prawdą; umiałam poprosić o pomoc. Jasne, że dopiero wtedy, gdy wiedziałam, że to ostateczna ostateczność, ale umiałam to zrobić. 
Musiałam jednak nauczyć się dbać o siebie. A jak miałam to niby zrobić, gdybym ciągle się kogoś trzymała i kazała prowadzić się za rękę? Rodziców straciłam w wieku dziewiętnastu lat, babkę i ostatnią żyjącą krewną, dwa lata później. Kiedy się zakochałam, niejedno serce zostało złamane a aż trzy. Z Madrytu wyjechałam właściwie bez słowa, przez co nikt, z kim udało mi się tutaj nawiązać coś w rodzaju przyjaźni, nie starał się utrzymywać kontaktu. Ludzie z Londynu, którym ufałam, okazali się kłamać na swój temat. To wszystko nauczyło mnie, że jeśli zaangażuję się choćby odrobinę, na pewno się zranię. 
Dlatego uznałam trzymanie się na dystans za bardzo bezpieczną opcję. Te dwa lata, aż do zeszłej niedzieli, kiedy dowiedziałam się o śmierci Evelyn, nie były dzięki temu takie najgorsze. 
Może oprócz Troy'a, który obrał sobie za życiową misję być moim… nawet nie wiem kim. Ale jednak dobrze było go mieć przy sobie. 
— Wcale nie musiałeś przyjeżdżać, skoro to taki problem — mruknęłam. Niestety zabrzmiałam, jakbym była obrażona. 
— Ale przyjechałem. 
— Co mnie bardzo cieszy. 
Przez chwilę Troy patrzył na mnie, jakbym powiedziała coś niezwykle poruszającego jego serce, aż westchnął i odchylił głowę do tyłu, kładąc ją na zagłówek kanapy.
— Gdzie podziałaś telewizor? — zapytał, zmieniając temat. Ściana nad kominkiem, na której zwykle wisiała plazma, aż irytowała swoją pustką. 
— Oddałam do domu dziecka — odparłam, zadowolona z siebie i postawiłam pustą już puszkę na panele. — Dzieciakom przyda się on bardziej niż mi. 
— Ale mnie też jest potrzebny — jęknął Troy. — Obejrzałbym mecz. 
— Przecież jutro możemy na jakiś iść. 
— Tak? — przyjrzał mi się uważnie, powoli zgniatając swoją puszkę, co zagłuszyło jego dalsze słowa. — Nie masz miłych wspomnień z piłkarzami… 
Poznałam Troy'a niewiele dni po powrocie do Londynu. Na samym początku zaplanowałam sobie świeży start i pierwszą rzeczą, którą zamierzałam zrobić, to pozbyć się rodzinnego domu jak najszybciej, żeby nie rozczulać się nad tym miejscem. Nie znałam jednak zbyt wielu agentów nieruchomości; o Troy'u dowiedziałam się od Evelyn, którego poleciła jej znajoma. 
Od razu mnie oczarował. Był bardzo dobry w swoim fachu, choć w rzeczywistości nie miałam porównania, i do każdej sprzedaży podchodził indywidualnie. Nie liczyła się dla niego kwota, ale zadowolenie obu stron. Dlatego, zanim wystawił moją posiadłość na zbycie, najpierw długo ze mną rozmawiał; wypytywał o plusy i minusy domu, o to, czy interesuje mnie, co potencjalni nabywcy chcą z nim zrobić czy też nie, i o wiele szczegółów, że wydawało mi się, że ten wywiad nigdy się nie skończy. Spędzaliśmy razem sporo czasu i wytworzyła się między nami więź, przez którą rozmowy o nieruchomościach zeszły na zupełnie inny tor. 
Troy przyznał się, że moją historię znał z gazet, ale wtedy, kiedy był pewien, że może to zrobić. Czyli wtedy, gdy nie byliśmy za bardzo zaangażowani w tę znajomość, ale wystarczająco, żeby zejść z oficjalnego tonu. 
Ale przyznał się, mimo że o tym nie wiedział, akurat, kiedy rozdział pt. „Madryt” definitywnie został przeze mnie skończony i spalony.
— Carter, nie chciałem — powiedział Troy, gdy mu nie odpowiedziałam. Milcząc, wpatrywałam się w urnę z prochami Evelyn. — Ale jakby co, to jestem tutaj, gdybyś chciała pogadać czy coś. 
— Nie ma o czym — ucięłam. 
— Jest — ciągnął. — Przez dwa lata nigdy nie odwiedziłaś swojej babki i oboje wiemy czemu. Jej śmierć postawiła cię pod ścianą, żeby się przełamać i wrócić. Jak możesz nie chcieć o tym rozmawiać? 
— Po prostu — mruknęłam przez zaciśnięte zęby i odważyłam się na niego spojrzeć. Troy wpatrywał się we mnie z przejęciem. — Tobie się wydaje, że o wszystkim można porozmawiać, ale rozczaruję cię, bo na niektóre tematy nie warto. Nie rozumiesz, że żaden z nich nie przyszedł na pogrzeb Evelyn, bo nie chcieli na mnie patrzeć? Żaden nie zadzwonił z kondolencjami, bo nie chcieli słyszeć mojego głosu. Na stypie własnej babki siedziałam z obcymi ludźmi, dla których Evelyn była jakąś królową, a jedyną osobą, do której mogłam otworzyć usta i która nie patrzyła na mnie ze współczuciem, był jej kucharz. To przykład żałosnego tematu, na który szkoda tracić czas.
— Gdybyś zadzwoniła, to bym był tam z tobą. Sama wybierasz samotność… 
— Myślisz, że tego nie wiem? To paskudne uczucie. Facet, w którym byłam piekielnie zakochana, ale którego odtrąciłam, bo byłam gówniarą, co się bała zaangażować, w ciągu dwóch lat zdążył ułożyć sobie życie, które powinien mieć ze mną. Myślisz, że mnie to nie boli? Ale zdaję sobie sprawę, że to moja wina i chyba bym na głowę upadła, jeśli miałabym teraz czelność narzekać na swój los. I nie chcę, żebyś był moim psychologiem, bo mam ich setki. Masz tylko sprzedać dom. 
— Carter… 
— Przestań się mną przejmować.  
Mój wybuch był zdecydowanie nie na miejscu, ale Troy z własnej woli zaczął naciskać, żebym zaczęła się zwierzać. Poirytowana wstałam z kanapy i poszłam do kuchni. Od tygodnia jadałam na wynos, więc kosz na śmieci był pełny, ale lodówka za to pusta. Ta wszechobecna biel była przygnębiająca, ale starałam się pocieszać myślą, że im więcej jej było, tym bliżej byłam powrotu do Londynu. W dodatku było tam o wiele chłodniej niż w salonie, a ja potrzebowałam odetchnąć. 
Wiedziałam, że zachowywałam się głupio odtrącając Troy'a. Gdybym go nie miała, moje życie wyglądałoby jak stypa Evelyn, ale co ja mogłam poradzić? Denerwował mnie, że ciągle wypytywał mnie o przeszłość i oczekiwał, że będę mu się zwierzać. 
Jednak, jakby się nad tym zastanowić, było to zabawne, bo dokładnie to samo robiłam dwa lata temu. Bez przerwy nawiązywałam do przeszłości. 
Nie zamierzałam wracać do Madrytu ani na stałe, ani nawet po to, żeby zobaczyć się z babką. Przeszło mi to przez myśl raz: kiedy wsiadłam w samolot, automatycznie zaczęłam żałować swojej decyzji i chciałam zawrócić z nadzieją, że Xabi wiedział, że mogę zmienić zdanie i wcale nie opuścił lotniska. Ale wtedy zapytałam samą siebie, co będzie potem? Problemy nie znikały na życzenie, a ja zdecydowanie nie zdążyłam dojrzeć w ciągu kilku godzin. Ucieczka także nie była rozwiązaniem i wyrzuty sumienia nie dawały mi o tym zapomnieć, ale ostatecznie — to ja poniosłam konsekwencje. Nie oni. 
Z początku bałam się, że sobie nie odpuszczą. Znałam Ramosa i wiedziałam, że on nie umiał się poddawać, dlatego miałam obawy, że będzie namawiał mnie na powrót, nieważne czy do niego czy do Xabiego. Martwiłam się, że nie będą się chcieli pogodzić, bo wybiorą dalszą walkę o mnie. Żałowałam, że tak ich potraktowałam, bo co, jeśli nie byliby w stanie ruszyć dalej ze swoim życiem? 
Ale mijały dni. Tygodnie. Później przestałam liczyć, bo żaden z nich nie urzeczywistnił moich obaw. Przypadkowo dowiadywałam się z gazet, gdy mi jakaś wpadła w ręce, jak układało im się w życiu. Ramos poznał kobietę, która niedawno urodziła mu synka; Xabi zdecydował się odratować małżeństwo z Nagore i pod koniec roku zostali po raz trzeci rodzicami. Oddychałam z ulgą, że aż tak bardzo ich nie zniszczyłam, że udało im się być szczęśliwymi. Nawet chciało mi się śmiać, bo nigdy nie sądziłam, że Sergio będzie ojcem i że to musiała być jego najzabawniejsza rola. Z czasem ewentualny wypad do Madrytu nie wydawał się już taki straszny.
Tylko że kiedy nie pojawili się na stypie, poczułam się zawiedziona. Była we mnie jakaś cząstka, która bardzo pragnęła ich zobaczyć, może nawet i porozmawiać z nimi. Pod żadnym pozorem nie miałam intencji, żeby pisać historię na nowo, bo byłabym niepoważna oczekując, że po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, oni chcieliby się do mnie odezwać. Ale również nie zamierzałam się oszukiwać, że tego podświadomie nie chciałam. Bo tak było. 
Ale jednak ulżyło mi, gdy się tak nie stało. Kiedy Troy już sprzeda dom Evelyn, spokojnie będę mogła wrócić do Londynu, wiedząc, że moja rola tutaj dobiegła końca. Będzie tak, jakbym nigdy nie przyjechała. 
— Czy my zawsze musimy się kłócić? — zapytał Troy, wchodząc do kuchni. 
— Czy ty zawsze musisz za wszelką cenę wracać do mojej przeszłości? — odgryzłam się i oparłam się biodrem o szafkę, zakładając ręce na piersi. — Troy, nie rozumiem, dlaczego się tak zachowujesz. Ja nie interesuję się tym, co robiłeś, zanim się poznaliśmy. 
— Chcę, żebyś wiedziała, że możesz mi zaufać. 
— Wiem to i ufam ci — zapewniłam, łagodnie. — Ale popełniasz dokładnie ten sam błąd, co ja kiedyś: za bardzo przywiązujesz wagę do tego, co było. 
— Po prostu twoja skrytość doprowadza mnie do szału. — Troy złapał się za głowę i podszedł do mnie bliżej. Irlandzki akcent, bo on był z urodzenia Irlandczykiem, dodawał tylko komizmu jego zachowaniu. — Kiedy ktoś mnie pyta, kim dla mnie jesteś, nawet nie umiem odpowiedzieć. 
— I dlatego starasz się mnie poznać, żeby znaleźć odpowiedź na głupie pytanie ludzi, których tak naprawdę masz gdzieś? — uniosłam brwi wysoko do góry.
— Nie ułatwiasz tego. Wcale — wyznał i oparł się o szafkę, tuż obok mnie. Moje nagie ramię dotykało jego klatki piersiowej, ale Troy w ogóle nie zwrócił na to uwagi. Rozejrzał się po kuchni. — Twoja babka musiała nieźle świrować przez tę biel. 
— To by tłumaczyło, czemu była taka nieznośna. 
Troy się roześmiał. 
Mnie chyba też nie najgorzej się ułożyło. Chodziłam na wiele terapii, zgadza się, które były o wiele gorsze niż ciągłe wypytywanie Troy'a o to, co czuję; miałam dwadzieścia jeden lat i byłam sierotą, która miała miliardy na koncie kojące wszelkie smutki, i najprawdopodobniej w chwili śmierci nadal będę milionerką, bo nie ma takiej siły, abym zdążyła to wszystko wydać. Co było niemal pewne zwłaszcza teraz, kiedy Evelyn cały majątek przepisała na mnie. 
W sumie, oprócz tego, że miałam ogromny problem z zaangażowaniem się w poważniejszy związek, którego moi psycholodzy nie mogli rozwiązać, było całkiem dobrze. I oprócz tego, że nic nie czułam, czego Troy nie potrafił zrozumieć. Ale brak uczuć równał się temu, że nie byłam słaba, bo nie miałam żadnych słabości i mogłam o siebie zadbać. 
Ale fakt: nie byłam szczęśliwa. 
Nie było mi źle z Troy'em, naprawdę, ale jednak on nie był Xabim. Ani Ramosem. 
— Wiesz, co mnie zawsze rozwalało w mojej rodzinie? — podjęłam na nowo rozmowę, bo oboje zamilkliśmy, a ja szczerze lubiłam ten jego irlandzki akcent. Był ładniejszy od mojego brytyjskiego i uspokajał mnie. Przynajmniej dopóki nie próbował mnie poznać. — Że kto nie umarł, zawsze zostawiał po sobie tonę kasy i domy jak ten. 
— Twoja babka musiała mieć kompleks królowej — stwierdził Troy. 
— Studiowałeś psychologię, prawda? 
— Dwa semestry — przyznał się takim głosem, jakby to była ogromna zbrodnia. Oczywiście w żartach, więc się zaśmiałam. — Ale zrezygnowałem. Nie mógłbym podołać tej pracy, jakbym miał leczyć taki pokręcony umysł jak twój. 
— Jesteś okropny — walnęłam go łokciem w brzuch, przez co zgiął się w pół. 
— Ale nie, Carter, poważnie — powiedział, cały czerwony na twarzy i usiadł na krześle, stojącym przy barowym kontuarze, który zamontowany był pośrodku kuchni. Po co, nie miałam pojęcia. — Twoja babka nie czuła się samotna w takiej wielkiej chacie? 
— Nie wiem — wyznałam szczerze, wzruszając ramionami. — Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Tak właściwie to my mało rozmawiałyśmy. Evelyn nie należała do wylewnych osób… 
— Chyba masz to po niej — zażartował. 
— Ha, ha — rzuciłam z ironią, ale zdecydowałam się kontynuować poprzednią myśl. — Lubiła mnie krytykować. Słowo daję, nie byłam aż taką okropną nastolatką, ale ona potrafiła się do wszystkiego przyczepić… Do bluzki z dekoltem czy za krótkiej sukienki, do znoszonych trampek, do ogolonej głowy, do tatuaży.
— Ogoliłaś głowę? — Troy wyglądał na rozbawionego. 
— Nie całą. Wygoliłam sobie bok, ale wtedy każda dziewczyna się tak nosiła. 
— No tak, to cię tłumaczy — próbował brzmieć poważnie, ale widziałam, że pęka ze śmiechu. — Włosy odrosły, ale tatuaże są na całe życie — wskazał skinieniem głowy moje ramiona. 
To nie były jedyne miejsca, które sobie wytatuowałam, ale nigdy nie myślałam o tym, żeby je usunąć. Lubiłam je i żaden nie został zrobiony, bo taki miałam kaprys; robiłam je z konkretnego powodu. 
— Nie lubisz wytatuowanych lasek? — zapytałam, prostując ręce przed siebie. 
— Nie każdej pasują, ale ty się prezentujesz całkiem, całkiem. 
Troy był strasznie rozbawiony, a ja zaczynałam żałować, że nie miałam niczego pod ręką, żeby w niego rzucić. 
— Wal się — powiedziałam, siląc się na obrażony ton. — Moja babka wypominała mi, że mam szczęście, wiesz? Że urodziłam się w bogatej rodzinie, bo na starcie miałam łatwiej. Ona do tego wszystkiego doszła sama, a ja dostaję to teraz w prezencie. 
— Nie musiała przecież tego robić. Może zmieniła zdanie przed śmiercią? — zapytał, doprowadzając się do porządku. 
— Może. Nie rozmawiałyśmy ostatnio zbyt wiele. Może zanim umarła stała się dobrą osobą. Albo dostała zawału, kiedy stwierdziła, że chce mi wszystko zapisać. 
Na pewno słyszeliście o tej zasadzie. O zmarłym mówiło się albo dobrze albo nie mówiło się wcale. 
Według mnie to bardzo beznadziejna zasada. Gdybym umarła i ktoś, kto mnie szczerze nie cierpiał, zacząłby opowiadać, jak to mnie uwielbiał, kiedy żyłam, uznałabym to za besztanie mojej pamięci. Bez względu na to, czy człowiek żyje czy jest martwy, zasługuje, aby mówić o nim prawdę.
Evelyn była moją babką i to oczywiste, że ją kochałam. Ale nie zamierzałam po jej śmierci kłamać na jej temat, że była wspaniała i że dała mi miłości więcej niż moi rodzice. 
— Ale naprawdę nie zadzwoniłam do ciebie, żebyś tego wysłuchiwał — dodałam, ucinając dyskusję. 
— Cieszę się, że do mnie zadzwoniłaś. 
Troy spojrzał na mnie tak, jak jeszcze nigdy wcześniej nie patrzył, kiedy uśmiechaliśmy się do siebie. Z taką niemalże czułością, jakby to, że zaczynałam się otwierać, nieodwracalnie zbliżało nas do siebie. 
I byłam pewna, że coś wtedy poczułam, coś, co mnie jednocześnie przestraszyło i skrępowało. 
Przed uporaniem się z tą rewelacją, uratował mnie dzwonek do drzwi. Najwyraźniej znowu zapomniałam zamknąć bramę, więc niespodziewany gość nie musiał się wcześniej meldować. 
— Spodziewasz się kogoś o tej porze? — Troy uniósł brwi wysoko do góry i spojrzał na zegarek na swoim nadgarstku. — Już prawie dziesiąta. 
— Nie mam zielonego pojęcia, kto to może być — bo nie miałam. — Nikt mnie nie odwiedzał, odkąd przyjechałam… Poczekaj tutaj. 
Troy skinął głową na znak, że zrozumiał i sięgnął po butelkę wody, stojącą na blacie kontuaru. Wyszłam z kuchni i skręciłam w stronę drzwi, zastanawiając się, kto mógł się o tej porze do mnie dobijać. Im bliżej byłam dowiedzenia się tego, tym szybciej moje serce zaczynało bić. 
Co, jeśli to był Xabi? 
To głupie, zdawałam sobie z tego sprawę, ale co jeśli? 
Ostatnie kroki zdecydowałam się przebiec do drzwi i przekręciłam zamek. Ręce mi się trzęsły, bo starałam się otworzyć jak najszybciej. Próbowałam trzymać emocje na wodzy, bez względu na to, kto stał po drugiej stronie. 
Zdziwiłam się, gdy otworzyłam drzwi. Naprawdę mocno się zdziwiłam. 
— Carter, musimy porozmawiać. 
Cristiano Ronaldo we własnej osobie stał w progu domu mojej zmarłej babki, Evelyn Harvelle, słynnej dziennikarki sportowej, i oddychał szybko i nierównomiernie, jakby właśnie przebiegł milę. 
Już wtedy wiedziałam, że to nie oznaczało niczego dobrego.