21 kwietnia 2014

Prolog

Zbliżała się potężna burza. 
Żaden meteorolog nawet nie musiał o niej mówić. Czuć ją było w powietrzu, które z każdą kolejną sekundą robiło się coraz cięższe, a napięcie powoli sięgało zenitu, zbliżając się do wybuchu, oddzielającego je od wymarzonej ulgi. Już za chwilę na zachmurzonym niebie miały pojawić się pierwsze przebłyski grzmotów, niosących się po całym mieście, a następnie nadejdą prawdziwe pioruny, trzaskające na wszystkie strony. Potężne krople deszczu będą walić o okna, zwiastując dopiero początek zabawy.
Gdy byłam dzieckiem, moja mama powiedziała mi raz, że burza nie jest zła, ale należy się przed nią chronić, ponieważ może mnie bardzo mocno skrzywdzić. Porównała ją wtedy do miłości: stwierdziła, że to najpiękniejsze uczucie na świecie, ale nie zawsze przynosi szczęście. Gdy stracisz osobę, którą kochasz, cierpisz, może nawet bardziej niż człowiek, w którego walnął piorun. Ból fizyczny przecież w końcu mija, pozostawiając bliznę, którą możesz zakryć, a przed bólem psychicznym się nie ukryjesz — piętno odbija się na twoim wnętrzu; wnętrzu, które może już nigdy nie przestać cierpieć. 
Ale po burzy zawsze ostatecznie wychodziło słońce. I człowiek, którego uderzył piorun, musiał na nowo stawić czoła światu, aby przezwyciężyć swój lęk przed ponownym wyjściem na zewnątrz, gdzie czyhało tak wiele niebezpieczeństw, o których nawet mógł nie mieć pojęcia, ale z którymi należało się zmierzyć.
Czy w miłości nie chodziło dokładnie o to samo? Czy nie warto było uciszyć cierpienie z powodu straty ukochanego i na nowo spróbować zaznać choć odrobiny szczęścia? Czy w miłości nie chodziło o ryzykowanie? O walkę i niepoddawanie się? 
Przecież teraz nie miałam niczego, co mogłabym stracić, a za to mogłam tak wiele zyskać.
Bo już żadna burza nie była mi straszna.